Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.2

Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.2

Krynica Zdrój - zdjęcie własne

...część 2: Narodziny uzdrowisk (część 1 - tutaj)


Strach przed ciepłą wodą trwał nieprzerwanie aż do końca XVII wieku. Nie dało się jednak całkowicie zrezygnować z higieny. Wprowadzono zatem pewien zamiennik... powiedzmy, że substytut czyli "suchą toaletę". Aby zapobiec odorowi spod pach, które cuchną capem, należy dotykać skóry i nacierać ją gałkami różanymi – czytamy w XVI-wiecznym poradniku. Z kolei higienista Jean du Chesne pisał w XVII w.: Po wypróżnieniu trzeba przede wszystkim uczesać się i natrzeć sobie głowę, a to zawsze od przodu ku tyłowi, czyścić szyję stosownymi szmatkami czy gąbkami, i to tak długo, aż głowa cała będzie oczyszczona z wszelkiego brudu; w czasie tego nacierania głowy można się nawet przechadzać, aby nogi i ręce rozruszały się nieco. Przykre zapachy niemytych ciał tłumiono perfumami (oryginalny tekst)

Jak można się spodziewać, efekt był mizerny. Brud, smród... i nie koniecznie ubóstwo, bo nie myto się nawet wśród arystokracji. Poziom higieny był dramatyczny. Ludzi nękały plagi wszy, pcheł i wszelkiej inne maści robactwa. Powstał nawet specjalny zawód "iskaczki"... wszyscy chyba wiemy, czym się zajmowały owe, niezwykle potrzebne niewiasty.
Co ciekawe, podobno na początku XVII na terenach dzisiejszej Rosji łaźnie (czyli tamtejsze banie) miały się w najlepsze . Jak pisał niemiecki uczony Adamus Alearius: „W Rosji nie ma takiego miasta ani wsi gdzie nie byłoby parowej łaźni. Rosjanie są w stanie znosić niezwykły żar. Witki na półkach łaźni pozwalają chłostać rozgrzane ciało tymi brzozowymi miotłami. Zimą, wyskoczywszy z bani kładą się na śniegu, nacierają nim ciało, a potem znowu wchodzą do gorącej bani. Tak diametralna zmiana działań okazuje się sprzyjać ich zdrowiu i urodzie” (czytaj)

Dopiero rozwój nauki, która jednoznacznie powiązała higienę osobistą ze stanem zdrowia oraz tężyzną fizyczną przyczynił się do zmiany nawyków kąpielowych.  Kluczowe okazały się podstawy mikrobiologii stworzone przez Ludwika Pasteura! Okazało się, żyjące na skórze chorobotwórcze mikroby trzeba usunąć  - najlepiej poprzez kąpiel! Woda wraca do łask!
Nie brakuje także odkryć na ziemiach słowiańskich. W Polsce w  roku 1617 Erazm Sykst wydał dzieło "Cieplice w Szkle", w 1630 Jan Sechnicki napisał "Cezurę o wodzie iwonickiej", a w 1776 Jakub Moneta, przyboczny lekarz króla Stanisława Augusta, opublikował dzieło o leczeniu zimną wodą górnych dróg oddechowych.

Jednak tradycje wodolecznicze ponownie natrafiły na podatny grunt dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Nastąpiło nie tylko odrodzenie istniejących uzdrowisk, ale także gwałtowny rozwój nowych ośrodków. W zdrojowiskach i kąpieliskach leczono niemal wszystkie dolegliwości.
Tym samym wodolecznictwo stało się ważnym elementem opieki zdrowotnej, choć początkowo wśród lekarzy panowała raczej głęboka wiara w uzdrawiającą moc natury, niż wiedza poparta naukowymi dowodami. Dopiero w XIX wieku przeprowadzone zostały dokładne badania wód mineralnych, co w sposób bezpośredni związane było z rozwojem nauk przyrodniczych. Bardzo ważnym opracowaniem, dotyczącym polskiego zdrojownictwa było dzieło Józefa Dietla (1804-1878) o Krynicy, Szczawnicy i Iwoniczu. Warto także dodać, że w II połowie XIX wieku dwaj lekarze: Alfred Sokołowski na Dolnym Śląsku i Tytus Chałubiński w Tatrach zapoczątkowali leczenie klimatyczne, stosując je na szeroką skalę w walce z gruźlicą.

W XIX wiek kurorty w dużej mierze wkroczyły z drewnianymi izdebkami pozbawionymi wygód, kabiny przyrodolecznicze nie posiadały bieżącej wody i ogrzewania, a całość miała zdecydowanie sezonowy charakter. 

Dopiero z czasem, pod wpływem niesłabnącego zainteresowania, rozpoczął się wzmożony ruch inwestycyjny, tak aby standard oferty dopasować do oczekiwań głównych odbiorców. W uzdrowiska inwestowali lekarze, przemysłowcy, ale także kupcy i właściciele ziemscy. Warto wspomnieć chociażby rodzinę Załuskich, która rozbudowała zdrojowisko w Iwoniczu czy Stanisława Staszica inwestującego w Ciechocinku. Naturalnym procesem było także zakładanie nowych uzdrowisk. Rozwój, a zwłaszcza sukces finansowy jednego miejsca, wzbudzał zainteresowanie kolejnych inwestorów w sąsiedztwie rozwijającego się ośrodka. Przykładem jest chociażby Rymanów założony w 1880 roku przez Potockich, zaledwie kilka kilometrów od funkcjonującego w pobliżu i cieszącego się coraz większą popularnością uzdrowiska w Iwoniczu.
Podstawowym zadaniem XIX-wiecznych uzdrowisk była poprawa stanu zdrowia i ogólnego samopoczucia. Jednak opierając się na opisach zawartych w przewodniku Aleksandra Ostrowicza po lądeckim kurorcie można śmiało stwierdzić, że pod względem funkcjonalnym miejscowość uzdrowiskowa musiała zaspokajać bardzo szeroki wachlarz potrzeb i oczekiwań. Niewątpliwie zabiegi medyczne odgrywały znaczącą rolę w pobytach uzdrowiskowych i dokładano wszelkich starań, aby przynieść chorym ulgę w różnych dolegliwościach, ale uzdrowisko było również miejscem towarzyskich spotkań.
źródło: https://www.pb.pl/najlepsze-uzdrowisko-ii-rp-797248Dodaj napis
 Jak podaje Aleksander Ostrowicz: „(…) w basenie robiono znajomości, bawiono się, śmiano i dowcipkowano, aranżowano zabawy na przyszłą niedzielę lub święto (…) Zdarzało się często, że towarzystwo fetowało w kąpieli; czołenko ku temu celowi zbudowane, w świeże przystrojone kwiaty, zjawiało się naraz zwolna posuwane, prezentowało kawę, czekoladę i ciasta. (…) kąpano się w kostiumach; w wymyślaniu i stwarzaniu tychże szczególniej przesadzały się damy, tak, że podobno kostiumy takie więcej zbliżały się podobieństwem do toalet balowych, niż do skromnych kąpielowych ubrań.”

W uzdrowiskach wznoszono łazienki, zakłady przyrodolecznicze, pijalnie wód, hale spacerowe, inhalatoria, pijalnie mleka, a nawet lecznice dla zwierząt. Ponadto realizowano domy zdrojowe, a także teatry, oranżerie, palmiarnie, cukiernie, kawiarnie, biblioteki, czytelnie i muszle koncertowe. Uzupełnieniem była infrastruktura pobytowa: hotele, zajazdy, gospody, restauracje, budynki handlowe, apteki, pralnie, kotłownie, rozlewnie wód, wytwórnie naczyń do wody i kioski meteorologiczne.
Dom Zdrojowy w Lądku Zdroju źródło: http://dolny-slask.org.pl/3621459,foto.htmlDodaj napis

Kursalony czyli Domy Zdrojowe bywały wyposażone w sale balowe, kawiarnie, stoły bilardowe, fortepiany przeznaczone dla gości, a także sale do gry w karty, w domino, szachy, posiadały czytelnie i wypożyczalnie książek. Podczas spacerów po parkach kuracjuszom towarzyszyły orkiestry zdrojowe, złożone często z kilkudziesięciu muzyków. Na Dolnym Śląsku dbano, aby piekarnie wiedeńskie dostarczały ciast, bułek, karlsbadzkich rogalików i lodów. Na terenie uzdrowisk znajdowały się sklepy galanteryjne, luksusowe, bławatne i inne. Pracowały modniarki, szwaczki, praczki, szewcy, krawcy, działała poczta i urząd telegraficzny, a to wszystko w otoczeniu parków i lasów, w których wyznaczano ścieżki spacerowe, wyposażone w infrastrukturę wypoczynkową. Zapewniano także możliwość wyjazdu na bliższe i dalsze wycieczki do sąsiednich miejscowości w celu uprawiania turystyki krajoznawczej. Wszystko w kurorcie, począwszy od układu przestrzennego, kompozycji zieleni, organizacji ścieżek spacerowych przez architekturę, a na rozmaitych ofertach funkcjonalnych skończywszy miało przede wszystkim służyć wypoczynkowi i rozrywce. Suma tych zjawisk pozwala wysnuć wniosek, że XIX - wieczne uzdrowisko było rodzajem turystycznego przedsiębiorstwa, w którym wielką wagę przywiązywano do różnorodności oferty, a także do jakości architektury i przestrzeni.

Długopole Zdrój - Dom Zdrojowy źródło: http://opole.fotopolska.eu/foto/511/511944.jpg
Źródło:

  • Balińska G., Uzdrowiska Dolnośląskie. Problemy rozwoju i ochrony wartości kulturowych do II wojny światowej, Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1991
  • Kaczmarska E., Uzdrowisko i jego przestrzeń społeczna. Wybrane zagadnienia przestrzenne polskich uzdrowisk karpackich w aspekcie integracji europejskiej, Zeszyt Naukowy nr 47, Politechnika Krakowska, Kraków 2002Mitkowska A., Siewniak M.,1998, Tezaurus sztuki ogrodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa
  • Krasiński Z., Rynek usług uzdrowiskowych w Polsce, Poznań 2001 
  • Krasiński Z., Cykle życia uzdrowisk, Kołobrzeg 2004,
  • Majdecki L., 1981, Historia ogrodów, PWN, Warszawa, 
  • Ostrowicz A., Landek w hrabstwie Kłockiem w Szląsku. Podręcznik informacyjny dla gości kąpielowych, Poznań 1881
  • Węcławowicz - Bilska E., Historyczne założenia zdrojowisk w kształtowaniu współczesnych ośrodków balneologicznych w Polsce, Politechnika Krakowska, Kraków 1990
  • Wojtaszek T., Leczenie uzdrowiskowe,[na:]www.wodadlazdrowia.pl/pl/9033/0/Uzdrowiska.html
  • Wojtaszek T., Historia uzdrowisk krakowskich, Krakowskie Studia Małopolskie, Nr 5/2001, passim; 
  • http://www.national-geographic.pl/historia/nieczysta-troska-o-higiene
  • https://opolczykpl.wordpress.com/2012/02/25/historia-slowianskiej-lazni/
 
Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.1

Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.1

Kąpiele lecznicze i relaksacyjne znane są ludzkości niemal od początku jej istnienia, a prozdrowotne właściwości wód utożsamiane są nawet ze starożytnym mitem o „źródle wiecznej młodości” (czytaj tutaj).  Grecy i Rzymianie rozwinęli sztukę korzystania z kąpieli niemal do perfekcji. Wspaniałe założenia termalne do dziś zachwycają i rozbudzają wyobraźnie, a niejednokrotnie stanowią nawet inspirację dla współczesnych luksusowych kąpielisk i zdrojowisk. To wiemy wszyscy! Warto jednak przyjrzeć się higienie ludzi w innych częściach Europy, a także zapytać o historię kąpieli po upadku Cesarstwa Rzymskiego…

Słowianie i Skandynawowie - czyli poza murami Cesarstwa


Narody słowiańskie i skandynawskie nie wykształciły żadnych znaczących układów przestrzennych związanych z higieną osobistą lub kąpielami leczniczymi. Nie znaczy to jednak, że w kulturze tych społeczeństw takie funkcje nie występowały. Na terenach zamieszkiwanych przez Słowian najbardziej rozpowszechnione były niewielkie „łaźnie”, czyli rodzaj ziemianek lub drewnianych obiektów zagłębionych w ziemi, o maksymalnej powierzchni do 25 m2. Wewnątrz znajdował się piec, który rozgrzewano a następnie polewano wodą. Kąpiel odbywała się zatem w parze wodnej. (Właściwości tych kąpieli opisywali m. in. znani kronikarze Ibrahim Ibn Jakub oraz Gall Anonim). Pewną odmianą łaźni była również tzw. „bania”, którą lokalizowano w pobliżu cieków wodnych, po to by bezpośrednio po kąpieli parowej można było wskoczyć do zimnej wody. Miało to na celu hartowanie organizmu.
Pobyty w bani wiązały się także z piciem gorących ziołowych herbat z miodem i różnymi pro-zdrowotnymi dodatkami. Pewnym specyficznym rytuałem było także „oklepywanie” ciała, czy też „chłostanie” cienkimi brzozowymi (najczęściej) witkami, co miało poprawić krążenie i dodatkowo oczyścić organizm. Taka wersji „bani” do dziś istnieje i jest szczególnie popularna w śród ludów Syberii.

Rosyjska Wenus Boris Michailowitsch Kustodijew https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/40/Kustodiev_russian_venus.jpg/778px-Kustodiev_russian_venus.jpg

Warto wspomnieć, że „łaźnie” pełniły nie tylko funkcje higieniczne, ale były także miejscem spotkań. Ponadto, przypisywano im pewne znaczenie symboliczne i rytualne. Zgodnie z ówczesnymi wierzeniami wizyta w łaźni prowadziła do przemiany człowieka. W jednym miejscu dochodziło bowiem do połączenia wszystkich żywiołów: powietrza, ognia, wody i ziemi. Dzięki temu,  człowiek przyswajał sobie siłę i moc tych żywiołów i jak wierzono, rodził się na nowo.

Rytualny charakter łaźni związany był także z aktem oczyszczenia i przebaczenia, zwłaszcza w odniesieniu do osób, które zostały ułaskawione przez króla. Obmycie  było symbolicznym wymazaniem win. Według przekazu Galla Anonima Bolesław Chrobry przyjmował w łaźni ułaskawionych od kary śmierci. Oczywiście dotyczyło to osób wysoko urodzonych. (W Gnieźnie odkopano szczątki łaźni z czasów Chrobrego – wybudowanej z bierwion na powierzchni ziemi, z podłogą wyłożoną płaskimi kamieniami, na których w jednym kącie rozpalano ogień. W Gdańsku w pobliżu łaźni z połowy XI w. znaleziono nawet pęki brzozowych witek, którymi uderzano się w czasie kąpieli).

W krajach Europy północnej oraz Skandynawii wykształcił się zwyczaj korzystania z „sauny”. Była to forma "kąpieli" analogiczna do "bani". Pobyt w saunie, z upodobaniem stosowany do dziś (zarówno sauny suche jak i mokre) oczyszcza ciało z toksyn, rozgrzewa, poprawia krążenie i wspaniale wpływa na układ immunologiczny (czyli odporność), zwłaszcza jeśli po wizycie w saunie zdecydujemy się na chłodną kąpiel. Ciekawostką jest, że w krajach Skandynawskich niemal każdy dom posiada indywidualną saunę, z której korzystają domownicy.

Średniowiecze - kąpiel od święta


W średniowieczu, po okresie wędrówek ludów, nastąpiło pewnego rodzaju "odrodzenie" funkcji zdrojowej, która przeżywała wyraźny kryzys po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Ustanawiano nawet specjalne przywileje dla zakładania "łaźni miejskich", które stały się równie ważne jak kościół, przy czym prawo do zakładanie łaźni posiadały głównie zakony. W roku 1292 w Paryżu było aż 26 takich obiektów! Powstawały nawet specjalne cechy "łazienników" opłacane z kasy miejskiej. Pewną ciekawostką jest, że w początkowym okresie zakonnicy zaszczepiali na terenie Europy tradycje zaczerpnięte z krajów śródziemnomorskich, w tym zakładów przyrodoleczniczych i rzymskich zespołów termalnych. Opiekę nad szpitalami i źródłami wód leczniczych sprawował przede wszystkim zakon Joannitów (na terenie ziem polskich, taki zespół funkcjonował przypuszczalnie w Cieplicach). Znane są także kąpieliska w Budapeszcie.

Średniowieczni Europejczycy nie stronili zatem wcale od kąpieli, choć czyści raczej nie byli. Św. Tomasz z Akwinu zalecał na przykład stosowanie w kościele kadzideł, by tłumiły fetor, który mógł wzbudzać odrazę. Zabiegi higieniczne ograniczały się bowiem głównie do mycia twarzy i rąk. Pełną kąpiel fundowano sobie zwykle "od święta" - czyli średnio 3 razy do roku. Nieco lepiej na tym tle wypadało rycerstwo.  W XV w. szlachetnie urodzeni panowie kazali sobie „sprowadzać kąpiel”. Bywała ona atrakcją przyjęć, takich jak np. u  księcia Burgundii Filipa Dobrego: Diuk podjął obiadem wysłanników bogatego diuka Bawarii i hrabiego Wirtembergii i kazał sporządzić pięć potraw z mięsiwa, aby biesiadować w kąpieli.

Przez moment wydawało się, że po czasach higienicznego mroku, który na Europę sprowadzili barbarzyńcy, niedoceniający uroków kąpieli, nastąpi odrodzenie. Tym bardziej, że krzyżowcy wracający z Ziemi Świętej bardzo często nawykli byli do "saraceńskich" standardów higienicznych (jak się okazało, przeciętny europejski rycerz cuchnął w rozumieniu Saracenów, którzy niezwykle dbali o czystość). Światłem nadziei był także rozkwit (a raczej po-antyczne odrodzenie) medycyny.
Średniowieczna łaźnia publiczna za: http://encyklopedia.szczecin.pl/wiki/Plik:Badstauen.jpg
Do popularyzacji wiedzy przyczynił się ponadto druk. Można przyjąć, że pierwszy polski traktat o wodolecznictwie powstał w 1522 roku, a jego autorem był Marcin z Miechowa. Za czasów Stanisława Batorego (1576-1586), jego nadworny lekarz, Wojciech Oczko, opisał leczenie zdrojowe w Cieplicach, Iwoniczu i kilku innych uzdrowiskach, publikując tym samym w 1578 roku pierwszą polską pracą o tematyce balneologicznej, zatytułowaną „Cieplice".

Kiedy woda stała się wrogiem? 

 

Ludzie odrodzenia, czerpiąc z wzorów antycznych zaczęli także łączyć kąpiele lecznicze z życiem towarzyskim. W XV i XVI wieku łaźnie stały się miejscem spotkań, odpoczynku, a nawet prowadzenia interesów i spożywania posiłków.  Panie i panowie zażywali kąpieli wspólnie. Bawiono się, biesiadowano... oddawano rozkoszom. Coraz bardziej nie podobało się to jednak Kościołowi. Coraz powszechniejsza była bowiem opinia, że w łaźniach uprawia się nierząd. Zdaniem Kościoła profesja łaziebnego stała się niegodna. W 1441 r. urzędnicy Awinionu zakazali nawet wchodzenia tam żonatym mężczyznom!

Czasy reformacji i kontrreformacji (XVI/XVII) przyniosły niemal całkowity upadek publicznych kąpielisk. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać należy głównie w transformacji światopoglądowej, zwłaszcza w bardzo  rygorystycznym pojmowaniu norm moralnych, a także w obawie przed epidemiami. O dziwo, ówcześni lekarze właśnie w ciepłej wodzie dostrzegli źródło "zła wszelkiego".

Zaklinam was, unikajcie łaźni i kąpielisk, w przeciwnym razie umrzecie! Takie dramatyczne apele głosili lekarze, którzy  właśnie w ciepłej wodzie zaczęli upatrywać zagrożenia dla zdrowia i życia. Wspólna kąpiel nagich ciał miała bowiem sprzyjać rozprzestrzenianiu się dżumy, której epidemie w tamtym czasie regularnie nawiedzały różne obszary Europy.Morowe powietrze wślizgiwać się miało przez otwarte pod wpływem ciepłej wody pory.

Kąpiel stała się synonimem zła. Była domeną niewiernych! Oznaczała odmienność i przychylność dla uciech doczesnych. Na procesach inkwizycji przeciw Żydom i Maurom za dowód w sprawie uznawano to, że oskarżeni znani są z zażywania kąpieli. Warto wspomnieć, że Hiszpańscy spowiednicy nie udzielali rozgrzeszenia kobietom, które kąpały się regularnie!!!
Źródło: http://poznanskiehistorie.blogspot.com/2012/02/o-poznanskich-azniach.html

O ironio! W czasach zarazy... gdy czarna śmierć zbierała śmiertelne żniwo... Europejczycy największego swojego wroga upatrywali.... w kąpieli.

 ...ciąg dalszy nastąpi...


Źródła:

  • Balińska G., Uzdrowiska Dolnośląskie. Problemy rozwoju i ochrony wartości kulturowych do II wojny światowej, Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1991
  • Kaczmarska E., Uzdrowisko i jego przestrzeń społeczna. Wybrane zagadnienia przestrzenne polskich uzdrowisk karpackich w aspekcie integracji europejskiej, Zeszyt Naukowy nr 47, Politechnika Krakowska, Kraków 2002Mitkowska A., Siewniak M.,1998, Tezaurus sztuki ogrodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa
  • Krasiński Z., Rynek usług uzdrowiskowych w Polsce, Poznań 2001 
  • Krasiński Z., Cykle życia uzdrowisk, Kołobrzeg 2004,
  • Majdecki L., 1981, Historia ogrodów, PWN, Warszawa, 
  • Ostrowicz A., Landek w hrabstwie Kłockiem w Szląsku. Podręcznik informacyjny dla gości kąpielowych, Poznań 1881
  • Węcławowicz - Bilska E., Historyczne założenia zdrojowisk w kształtowaniu współczesnych ośrodków balneologicznych w Polsce, Politechnika Krakowska, Kraków 1990
  • Wojtaszek T., Leczenie uzdrowiskowe,[na:]www.wodadlazdrowia.pl/pl/9033/0/Uzdrowiska.html
  • Wojtaszek T., Historia uzdrowisk krakowskich, Krakowskie Studia Małopolskie, Nr 5/2001, passim; 
  • http://www.national-geographic.pl/historia/nieczysta-troska-o-higiene
  • https://opolczykpl.wordpress.com/2012/02/25/historia-slowianskiej-lazni/

 

Baby wielkanocne na szlacheckim stole - czyli jak to dawniej bywało!

Baby wielkanocne na szlacheckim stole - czyli jak to dawniej bywało!

Staropolskie baby wielkanocne

Centralna Polska to kraina dworów i dworków rozsianych wśród okazałych parków i złotych łanów zbóż. Były to z reguły domy gwarne, pełne ludzi, zwierząt i wspaniałej kuchni!  Gotowanie było sztuką a jedzenie rytuałem i kwintesencją rodzinnych spotkań. Już na wiele dni przed Świętami Wielkiej Nocy w kuchniach i spiżarniach zaczynał się wzmożony ruch. Sprzątano, gotowano, przyprawiano, wybierano, warzono i pieczono... a wśród wypieków niezwykle ważne miejsce zajmowały baby! ..."podobne wieżom... zadziwiające ogromem, a jeszcze więcej lekkością" były  osobliwością i chlubą staropolskiej kuchni i rdzennie polskim specjałem! Baby pieczono w Polsce już w XVII wieku, wykorzystując do tego najwyższej jakości mąkę pszenną. Ciasto barwiono szafranem (często moczonym wcześniej w wódce), który nie tylko zabarwiał je na przepiękny, żółtawy kolor, ale także nadawał im oryginalny, lekko korzenny smak. W zależności od gatunku ciasta spotkać można było baby parzone i petynowe (inaczej zwane muślinowymi), baby migdałowe i z razowego chleba, baby trójkolorowe (z ciasta białego, różowego i ciemnego), baby puchowe i ukraińskie, polskie, podolskie, krakowskie, warszawskie i pospolite. Wszystkie jednak wymagały niezwykle precyzyjnego przygotowania i znacznych umiejętności kulinarnych. Wypiekano je w specjalnych formach - początkowo glinianych, a później miedzianych i blaszanych.
Staropolskie święcone (skomponował i rysował Polkowski, rytował Styli w Warszawie) za:tekst oryginalny
Pieczenie wielkanocnych bab było wielkim wydarzeniem. Przygotowania zaczynano zaraz po Niedzieli Palmowej: tarto cukier z głów, przebierano rodzynki, przygotowywano szafran, mielono migdały, tłuczono w moździerzach wanilię... były to prace żmudne i zajmujące wiele czasu, jednak niezbędne.  Pieczenie rozpoczynano w Wielki Piątek. Przesuszano i przesiewano mąkę, starannie oddzielano żółtka (które zdaniem dawnych gospodyń, powinny być bez zarodków). Żółtka, wstępnie rozbite przecedzano przez sita, a potem ubijano w maselnicy lub ucierano w makutrze. Miało to zagwarantować lekkość i pulchność ciasta.

Zawsze pilnowano tego, aby wszystkie składniki dodawane do ciasta były najpierw ogrzane! Podobnie jak formy, blachy i naczynia!! 


 Prawdziwa celebra, a nawet szczególne misterium zaczynało się jednak w chwili, gdy przygotowywano zaczyn z drożdży. Należało na przykład zamknąć i dokładnie uszczelnić drzwi, aby najmniejszy nawet podmuch wiatru nie ochłodził ciasta! Jak wiadomo, ciasto drożdżowe wymaga dokładnego wyrobienia. W dawnych kuchniach dworskich traktowano to bardzo poważnie - po dodaniu każdego składnika ubijano je przez pół godziny! Nie trudno sobie zatem wyobrazić, że pieczenie ciast mogło trwać cały dzień! Wyrobione i ubite ciasto przekładano do form i dbano, by się nie "przeziębiło" W tym celu okrywano je nagrzanymi lnianymi ściereczkami. Ten moment był szczególny. Oznaczał bowiem, że w domu musiała nastać cisza! Nie wolno było trzaskać drzwiami, rozmowy toczono już tylko szeptem, chodzono na palcach, poruszano się wolno i uważnie, by tylko nie narobić hałasu...  To był czas dla baby....

Przygotowane, wyrośnięte baby wkładano do pieca, oczywiście powoli i delikatnie, wystrzegając się najmniejszych nawet wstrząsów. Baby się piekły, a serca gospodyń drżały. Nastawał czas nerwowego wyczekiwania! Gdy nadchodził właściwy moment wyjmowano baby z pieca. Wymagało to nie lada wprawy! Nie wolno było szarpnąć, wstrząsnąć ani trącić. Dosłownie wstrzymywano oddech, aby tylko baby nie opadły! gdyby tak się stało... co za wstyd! i co za strata... Był to przecież jedn z najkosztowniejszych staropolskich wypieków! Na niektóre z bab zużywano kilkadziesiąt (nawet 80 !!!) żółtek. Takie ciasto było niezwykle delikatne, a przez to bardzo podatne na… „siadanie”, czyli prawdziwą kulinarną wielkanocną katastrofę, zmieniającą babę w placek... wyobraźcie sobie, że trzeba wszystko zaczynać od początku...


Wyjęte z pieca baby układano na puchowych poduszkach i pierzynach, obracając je delikatnie od czasu do czasu, tak by nie odleżały się boki i równomiernie stygły ze wszystkich stron. Nadal należało zachować ciszę, by hałas nie zaszkodził delikatnemu ciastu. Jarosław Iwaszkiewicz tak pisał o tej ceremonii: "Gdy wreszcie baby upiekły się, a siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym na palcach i mówić szeptem - następował dramatyczny moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło (…). W tym celu wprost z form baby przekładano na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je, jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło.  Niezapomniany był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata".

Baba z szafranem- przepis staropolski

2 szklanki żółtek, 
szklanka cukru, 
szklanka mleka,
 50 g drożdży, 
1 i 1/2 szklanki mąki, 
szklanka topionego masła, 
mała łyżeczka soli,
 kieliszek spirytusu,
 szczypta szafranu, 
1/2 laski wanilii, 
skórka otarta z cytryny

Namaczamy szafran w spirytusie i zostawiamy na noc. Ubijamy na parze żółtka z cukrem, aż zbieleją. Pół szklanki mąki mieszamy z łyżeczką cukru i rozdrobnionymi w mleku drożdżami. Do dobrze ubitych żółtek dodajemy mąkę, wanilię, sól i skórkę cytrynową. Mieszamy, łączymy z rozczynem i wyrabiamy około 60 minut, dodając w czasie wyrabiania szafran ze spirytusem. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Gdy ciasto urośnie, dodajemy sklarowane masło i wyrabiamy, aż składniki się połączą. Ciasto wkładamy do wysmarowanych masłem foremek (mniej więcej do 1/3 wysokości), zostawiamy w ciepłym miejscu. Gdy ciasto urośnie, wstawiamy na godzinę do gorącego pieca. Uwaga! Baba jest bardzo delikatna i łatwo opada, należy więc bardzo ostrożnie ją wkładać i wyjmować z piekarnika.

Babka korzenna

10 jajek
250 g cukru
250 g mąki
łyżeczka szafranu
kieliszek spirytusu
po 1/2 łyżeczki sproszkowanego cynamonu, utłuczonych goździków i gałki muszkatołowej

 Szafran namaczamy w spirytusie, zostawiamy na noc. Ubijamy na parze żółtka z cukrem, dodając stopniowo sproszkowane korzenie. Cały czas ubijając, dosypujemy mąkę, dodajemy szafran, a na końcu ubitą na sztywno pianę. Delikatnie mieszamy. Wlewamy masę do nasmarowanej masłem formy, wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy godzinę. Gdy ostygnie, lukrujemy.

Źródło: 
Hanna Szymanderska, Na polskim stole, Przepisy i tradycje szlacheckie, Świat Książki, Warszawa 2005, str. 166-167

Browar Wiatr

Browar Wiatr


Stosunkowo niedawno, bo 22 kwietnia 2016 roku, do atrakcji Uniejowa dołączył Browar Wiatr. Jest to zupełnie nowe miejsce zarówno na kulinarnej jak i kulturalnej mapie województwa łódzkiego. Restauracja stanowi połączenie rzemieślniczego browaru wraz z różnorodnym menu opierającym się na wyrobach pochodzących od lokalnych producentów. Zainteresowani mogą skorzystać także z fachowej organizacji przyjęć i konferencji, natomiast zmęczeni podróżnicy znajdą tu nocleg w kameralnym hotelu Aparthotel. 

Lokalizacja

Znowu wracamy do Uniejowa, jednak tym razem nie po to by zwiedzać! Naszym celem był nowy, lokalny obiekt kulinarny - Browar Wiatr. Zlokalizowany przy ulicy Dąbskiej 49, do której dojazd samochodem nie powinien stanowić najmniejszego problemu. Wystarczy, skierować się na drogę w stronę Dąbia. Kompleks restauracyjno-hotelowy jest na tyle duży, że nie sposób go nie zauważyć. Ozdobna, ceglana fasada bardzo wyróżnia się na tle pobliskiej, zupełnie nijakiej zabudowy. A gdy już ujrzysz czarne logo Browar Wiatr będziesz pewny, na który parking zjechać… Dogodna lokalizacja, bezpłatne miejsce parkingowe oraz stylowy wygląd to cechy, które z pewnością wyróżniają tę restaurację.


Wnętrze

Po przekroczeniu progu drzwi można szybko zapomnieć o świecie zewnętrznym i zatracić się w… tym alkoholowym. Naprawdę! Już dawno wystrój lokalu nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Zakątek restauracyjny charakteryzuje się dosyć dużą kubaturą, jednak ogrom przestrzeni został perfekcyjnie zagospodarowany. Składa się on z dwóch poziomów. Na parterze umieszczone są stoliki i kanapy dla gości, natomiast wyżej znajdują się sale, na których organizowane są przyjęcia. Niestety nie mogliśmy ich zwiedzić, ponieważ w trakcie naszego pobytu przygotowywana była impreza dla dzieci. Ważną rolę we wnętrzu odegrała również stworzona nad barem antresola, dzięki której udało się uniknąć „efektu stodoły”. Neutralizuje ona negatywne wrażenie, które mogłoby się pojawić gdyby pozostawiono tak dużą przestrzeń otwartą, a także stanowi element funkcjonalny restauracji poprzez wydzielenie dodatkowego miejsca dla gości. Całość utrzymana jest w dość odważnym, nowoczesnym stylu. Połączenie elegancji z surowością, a miejscami wręcz ascetyzmem było strzałem w dziesiątkę! We wnętrzu nie znajdziemy bowiem żadnych zbytecznych elementów. Pomimo ograniczenia się do niezbędnego minimum, udało się nadać restauracji odpowiedni charakter. Idealnym przykładem są tablice przedstawiające proces tworzenia browaru czy wielkie kadzie na piwo znajdujące się w samym rogu pomieszczenia. Dopatrzyłem się też balonów w kształcie serc. Najprawdopodobniej jeszcze po walentynkach… Niemniej jednak poszczególne elementy wystroju ani na chwilę nie dały zapomnieć o motywie przewodnim restauracji. Ponadto ogromne okna i przeszklone drzwi zachowane w nowoczesnym stylu budynku pozwalają dostarczyć odpowiednią ilość naturalnego światła. Jest to niezwykle ważne, gdyż całość wnętrza utrzymana jest w dosyć ciemnych kolorach – czarnym, szarym i brązowym.


Obsługa

Czuję się oszukany, gdyż nie starczyło dla mnie porcji świeżego sernika :). Tak smacznie wyglądał... Nie udało nam się go zamówić, ponieważ ciasto dnia bardzo szybko się wyprzedało. Musieliśmy wybrać co innego i obejść się smakiem. 
Tymczasem kelnerzy byli uprzejmi, komunikatywni i nienachalani. Gdy pojawił się jakiś problem, przychodzili z pomocą i bez przerwy obserwowali co się dzieje na sali. Gdy ludzie wychodzili zastawa ze stołów od razu była zabierana, a stół i krzesła wycierane. Czystość w restauracji to podstawa! Jedyne do czego mogę się trochę przyczepić, to długi czas oczekiwania na złożenie zamówienia. Mógłby być trochę krótszy, jednak wybaczam, ponieważ było dosyć dużo gości.
Bardzo sympatyczny był też wpis na paragonie, który otrzymaliśmy. Przez takie drobne akcenty cała restauracja zyskuje w oczach gości. Widać, że zespół robi to z pasji i nic nie jest wymuszone.


Zamówienie

Przyznaję, że tym razem nie poszaleliśmy. Pora dnia i wcześniejszy posiłek nie sprzyjały większemu zamówieniu, tak więc nic do siebie nie pasuje. Bo umówmy się… Kawa i Foccacio to niezbyt udany duet. Niemniej jednak obiecuję poprawę i już teraz zapraszam na recenzję z kolejnego wyjazdu. Tymczasem samo Foccacio było bardzo smaczne. Duża porcja, przyzwoity stosunek jakości do ceny, chrupiące i ciepłe ciasto z ziołami oraz dodatek w postaci oliwy z oliwek. Jedyne co nie do końca mi odpowiadało to smak tej ostatniej. Była poprawna, ale przy tej formie podania (na zimno) warto pilnować wyższej jakości. Natomiast kawa, którą otrzymaliśmy może nie była najwyższych lotów, ale spełniała podstawowe wymagania. Mleczno-kawowy smak Latte, bez nadmiernej kwaskowatości. Smaczna, jednak z pewnością nie była wybitna. Zakup przyjemny w restauracji, ale niedopuszczalny w kawiarni. Tam wymaga się czegoś więcej.


Ceny

Muszę natomiast pochwalić Browar Wiatr za wielkość porcji i rozsądne ceny. Porcje są duże… nawet bardzo! Odnoszę się tu nie tylko do naszego zamówienia, gdyż udało mi się podejrzeć kilka innych dań. Wyglądały bardzo zachęcająco.
A propos cen! Wróćmy jeszcze na moment do Latte. Cena (5 zł) dotyczy każdego rodzaju kawy serwowanej przez restaurację. Nie przypominam sobie, żebym spotkał się z czymś takim wcześniej, ale podoba mi się ten pomysł. W dodatku sama cena nie jest wygórowana. Od razu przypomina mi się moja uczelnia i sprzedawane tam Latte - droższe o 2 zł. A jeśli chcemy być bardziej drobiazgowi to trzeba uwzględnić jeszcze warunki polowe i papierowe kubeczki. No i smak kawy… jest prawie wcale niewyczuwalny.


Podsumowanie

Nie udało nam się sprawdzić wszystkiego, to fakt. Jednak już teraz wiem, że restauracja Browar Wiatr to miejsce godne polecenia. Połączenie rzemieślniczego browaru, eleganckiego i niebanalnego wystroju oraz zupełnie nowej marki, pozwoliło stworzyć stylowe miejsce z niepowtarzalnym klimatem. Aż chce się tam wracać!


Wedel – pijalnia czekolady w Manufakturze

Wedel – pijalnia czekolady w Manufakturze


Samej marki przedstawiać nie muszę, każdy ją zna. Z wytwarzanych przez E. Wedel wyrobów czekoladowych i cukierniczych korzystamy przecież na co dzień. Firma została utworzona w 1851 roku i jest to najstarsza fabryka czekolady w Polsce… Wydawać by się mogło, że historia i pozycja na rynku zobowiązują. No właśnie… ale czy tak jest w rzeczywistości?

Lokalizacja

Renomowana sieć jest w stanie bez większych problemów utworzyć swój punkt w każdym większym mieście. Mało tego! Najczęściej jest to bardzo dobra i kosztowna lokalizacja, która pozwala zwiększyć częstotliwość odwiedzin klientów. Nie inaczej jest w przypadku Wedla w łódzkiej Manufakturze (od strony ul. Ogrodowej). Wejście do pijalni czekolad znajduje się bezpośrednio z głównego placu Manufaktury, gdzie nieustannie organizowane są różnego rodzaju wydarzenia. Co tu dużo pisać… galerie handlowe rządzą się swoimi prawami i z pewnością lokalizacja Wedla jest atrakcyjna i dobrze skomunikowana. Uroku nadaje również sam budynek i związana z nim historia… 

Wnętrze

Od samego progu wydawać się może, że samo pomieszczenie jest stosunkowo niewielkie. Swój udział mają tu z pewnością bar z gotowymi produktami E. Wedel do kupienia na wynos i bliskie sąsiedztwo stolików. Jednak po przejściu kilku kroków jest już tylko lepiej… W samym rogu pijalni znajdują się potężne schody prowadzące na górę, a po lewej stronie baru przestrzeń rozciąga się w głąb lokalu. Stylizowane meble dobrze współgrają we wnętrzu, a duże okna na obu poziomach dostarczają naturalnego światła. Całość jest atrakcyjna i sprawia wrażenie dopracowanej. Niemniej jednak ogromna ilość poszczególnych elementów o różnorodnych kolorach i wzorach przy dłuższym pobycie może nieco zmęczyć.

Obsługa

Po wejściu do pijalni czekolady od razu skierowałem się na piętro i zająłem stolik. Założyłem, że po chwili przyjdzie do mnie ktoś z obsługi Wedla. Niestety, nic takiego się nie stało. Po kwadransie postanowiłem podejść do baru i wyjaśnić zaistniałą sytuację. Miłe kelnerki wymieniły znacząco spojrzenia, a następnie uśmiechnęły się. Ponoć, nikt nie zauważył jak wchodzę do lokalu... To dziwne, bo byłem przekonany, że się przywitałem… No nic, zdarza się. Pomimo kilku incydentów związanych z samym zamówieniem (przeoczenie klienta, wylanie kawy, słaba organizacja), do obsługi Wedla nie mam większych zastrzeżeń. Kelnerki były uprzejme i komunikatywne, a przy tym nienachalne. Błędy zdarzają się każdemu, trzeba też umieć z nich wybrnąć. Mam natomiast nieodparte wrażenie, że to miejsce dużo traci przez brak dobrego menadżera. Takiego, który byłby w stanie zapanować nad tym co dzieje się na sali oraz w kuchni. 


Zamówienie

Po krótkiej analizie, zdecydowałem się zamówić Latte Macchiato i śliczne (widziałem na zdjęciu), smakowite (podobno, gdyż nie dane mi było spróbować) czekoladowe ptysie z kremem mascarpone oraz owocami sezonowymi. Ptysi nie było. Skończyły się… albo sezon na nie… nie ważne. Zamówiłem więc naleśniki czekoladowe z kremem mascarpone podane z wiśniami na winie. Nie minęło 5 minut, gdy okazało się, że nie ma Latte Macchiato… Jak może nie być w kawiarnio-cukierni Latte Macchiato w ofercie? Tego faktu nie mogę pojąć do dziś. Zamieniłem na Cappuccino! 

Wszystko co wcześniej zamówiłem wyglądało wzorowo. Zupełnie tak jak na grafikach w Menu. Czar jednak prysł, kiedy spróbowałem dań. Nie wiem dlaczego, spodziewałem się ciepłych naleśników. Ot, taka fanaberia. Niestety były podane na zimno. Na pochwałę zasługuje natomiast krem mascarpone, smaczny, nie za słodki, odpowiednia kremowa konsystencja… nie mam zastrzeżeń. Jednak najlepszym i jedynym, w pełni udanym elementem dania był sos wiśniowy. Gęsty, z kawałkami prawdziwych wiśni z cynamonową nutą i do tego na bazie czerwonego wina... aha, byłbym zapomniał... To był jedyny gorący element całego zamówienia. Pewnie zastanawiacie się co z kawą? Otóż, Cappuccino również było letnie. Skłamałbym, gdybym napisał, że zimne. Po prostu letnie, jakby chwilę czekało na… właśnie, na co? Smażone naleśniki? Z pewnością nie. Szkoda, bo wyglądała bardzo dobrze (kawa rzecz jasna), była aromatyczna, bez dominujących nut kwaśnych i gorzkich. Do tego z kremową konsystencją spienionego mleka. Prawie się komuś udało...

Cena

Temat cen pominę. Było niewspółmiernie drogo w stosunku do jakości otrzymanego zamówienia. 

Podsumowanie

Przeoczenie przez obsługę, braki w menu, rozlanie kawy, przeciętne dania, i tak dalej… Mam wrażenie, że w trakcie tej wizyty wszystko co mogło, poszło nie tak. Pytanie jednak brzmi czy tak jest zawsze? Z pewnością w tym miejscu brakuje fachowej organizacji i twardej ręki menadżera. Wspominałem już, że dobry menadżer potrzebny od zaraz, prawda? Z pozoru są to drobne błędy techniczne, jednak wpływają one na wrażenie końcowe gościa. I wiecie co? Wcale nie mam ochoty tam wracać. Pomimo najszczerszych chęci, uczucia głodu i braku kofeiny we krwi tej wizyty nie mogę zaliczyć do udanych.

Jestem ciekaw, jakie Wy macie doświadczenia z wizyty w Wedlu? Wszędzie jest tak przeciętnie? Podzielcie się koniecznie swoimi wrażeniami. 

...umarły dwór i kolej widmo...

...umarły dwór i kolej widmo...

Co czujesz patrząc na umierające mury, konające drzwi i spoglądające pustką okna? Co czujesz, widząc agonię domu, który niegdyś tętnił życiem, rozbrzmiewał śmiechem, emanował powagą, zapraszał gości...  Jest coś niezwykłego w przyglądaniu się ruinom dworów. Ich malowniczość smakuje dziwną goryczą utraconej świetności.
Patrzę na te opuszczone, rozpadające się mury i zadaję sobie pytanie, kim byli ludzie, którzy wypełniali ten dom życiem i co takiego się stało, że wszyscy oni opuścili to miejsce... ? Jaki okrutny los odarł ten budynek z kochającej  rodziny i pozwolił, by w milczeniu obrastał dziko wijącym się pnączem... ostatnim strażnikiem jego dawnej świetności? Jaka czeka go przyszłość? Jak długo zdoła się jeszcze opierać deszczom i wiatrom... jak długo będzie wypalał swój starzejący się tynk w promieniach słońca?
Patrzę na ten dwór w Biernacicach i przepełnia mnie smutek. Zwłaszcza o tej porze roku, gdy ogołocone z liści gałęzie drzew pochylają się nad  nim w groźnej, drapieżnej niemal pozie, gdy niebo zasnuwa gruba warstwa deszczowych chmur, a cała sceneria przypomina bardziej scenografie wiktoriańskiego horroru, niż dworsko-parkowy zespół mieszkalny na polskiej wsi...
Dwór musiał być niegdyś piękny i całkiem okazały. Niestety, niewiele udało mi się na razie ustalić na temat jego historii. Wiadomo, że pierwsze wzmianki o Biernacicach pochodzą z 1392 roku. Przez długi czas wieś była własnością Skotnickich i Pstrokońskich, następnie w XVIII wieku Biernackich i Mycielskich, a od 1848 roku  należała do niejakiego Feliksa Lisieckiego, człowieka o którym wiadomo z pewnością, że był drużbą na weselu Marii i Jarosława Konopnickich w pobliskim Bronowie. Lisiecki podarował wieś - jako wiano - swojej córce i to przypuszczalnie jej mąż Artur Dzierzbicki wybudował tam okazały dwór. Co ciekawe, Dzierzbicki odkupił od Konopnickich także Bronów i tam również pobudował nowy dworek. Niewątpliwie musiał to być człowiek przedsiębiorczy i niezwykle zaradny. Na marginesie warto wspomnieć, że Biernacicie, wraz z Bronowem, Zelgoszczą i Bronówkiem były jednym z największych majątków w powiecie tureckim, a nawet w guberni. Zarówno Lisiecki jak i Dzierzbicki nabywali pustkowia i pozornie nieprzydatne grunty a następnie przekształcali je w piękne, zadbane folwarki, przynoszące prawdopodobnie całkiem znaczne dochody.
plan sytuacyjny (stan aktualny na 2017r.) - opracowanie własne
Niestety o losach samego pałacu jak i o jego właścicielach wiadomo niewiele. Do naszych czasów zachowały się jedynie resztki murów bez dachu, jeden spichlerz i pozostałości założenia parkowego ze stawami. W chwili obecnej  nie da się wejść na teren parku, a tym samym przyjrzeć bliżej zachowanym obiektom. Już od furtki w oczy rzuca się znacznych rozmiarów napis - "teren prywatny, wstęp wzbroniony" i drugi szyld "teren monitorowany" ... W tej sytuacji nie zaryzykowałam, przez co moja dokumentacja fotograficzna jest dość uboga...
Majątek w Biernacicach zazdrośnie strzeże swoich tajemnic. Można jednak przypuszczać, że w czasach świetności posiadał on wąskotorowe połączenie kolejowe z siecią kujawskich kolejek. Połączenie odbywało się za pomocą Kolejki Wąskotorowej cukrowni Leśmierz, która jako kolej przemysłowa miała połączenie z linią Tuczno, a ta z kolejką Dobre Kujawskie. Kolejka wąskotorowa cukrowni w Leśmierzu stanowiła element sieci kolejowej, której budowę datuje się na 1924 rok, a likwidację na 1986. Jej długość w okresie świetności wynosiła aż 114 km!

źródło mapy: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kolej_w%C4%85skotorowa_Cukrowni_Le%C5%9Bmierz
Kolejkę z Biernacic pieszczotliwie nazywano ponoć "ciuchcią buraczaną" (zasłyszane), co związane było z tym, iż głównym towarem transportowanym na tej trasie były buraki cukrowe. Niestety, jest to kolej "widmo", bo choć wiemy o jej istnieniu (może bardziej właściwe byłoby określenie "przypuszczamy") - w przestrzeni nie zachowały się żadne fizyczne ślady jej obecności. Starsi mieszkańcy okolic wspominają, że kolejka łączyła Biernacice także z Domaniewicami (zasłyszane). Przecinała ponoć Ner i we wsi Dzierżawy ulegała rozgałęzieniu. Jedna z odnów biegła właśnie do kolejek kujawskich (przez Pełczyska, Zduny i leźnicę) a druga odnoga, w Dzierżawach rozgałęziała się jeszcze raz i jedna jej część przekraczała wiaduktem magistralę węglową Śląsk - Porty, prowadząc do gorzelni Stępniew) a druga prowadziła do Świnic  i Ponętowa.
Zbliża się wiosna... będzie można wybrać się w teren w poszukiwaniu śladów zaginionej kolejki...
Liczę także, że uda się w przyszłości ustalić więcej faktów na temat całego zespołu dworskiego w Biernacicach.


Dane dotyczące zabytku:
założenie pałacowo-parkowe w Biernacicach, właściciel Stefan Mizieliński:
  • pałac, murowany, z przełomu XVIII/XIX w – obiekt zabytkowy nr rej. 312/A, nr dec. Kl.IX5340/1/83,
  • spichlerz, murowany, z pocz. XIX w. – obiekt zabytkowy nr rej. 313/A, nr dec. Kl IX5340/2/83, 
  • pozostałość parku z II poł. XIX w. – obiekt w ewidencji WKZ – park wiejski;


Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Tom I (TUTAJ)

Biernacice:

"wieś, powiat turecki, przy szosie z Turka do Łęczycy (...), łącznie z folwarkiem  Bronówek ma 86 włók, z czego po skolonizowaniu i uwłaszczeniu zostało przy folwarku włók 43 ziemi dobrej, żytniej. Gospodarstwo od kilkunastu lat urządzone postępowo, dobry inwentarz, gorzelnia, budowle murowane, dom piękny, ogród starannie utrzymany. Lasu wysokopiennego włok 7, zagajników włok 8. Przez długie czasy własność Skotnickich, Strokońskich, w 18 w. Biernackich, potem Mycielskiego; od 1848 Feliksa Lisieckiego, który majątek na teraźniejszej postawił stopie. Obecnie Biernacice należą do A. Dzierzbickiego i razem z przykupionemi: Bronowem i Zelgoszczą są jednym z największych majątków nie tylko w powiecie, lecz w guberni. Działalność obywatelska poprzedniego i teraźniejszego właścicieli zasługuje na zaznaczenie z tego względu, że nabywając sąsiednie pustkowia zamieniają je na piękne folwarki, pod nową kulturę ziemi, konserwują wytrzebione lasy, zagajają wydmy i nieużytki. W 1827 r. Biernacice liczyły 24 domy (...)."
Marketingowy majstersztyk

Marketingowy majstersztyk

Nie od dziś wiadomo, że dźwignią handlu jest dobra reklama. Nic więc dziwnego, że jednostki samorządowe coraz częściej wykorzystują koncepcje i narzędzia marketingowe do wykreowania wizerunku oraz marki miejsca. Cechy te, stanowią bowiem rodzaj wsparcia podmiotu na tle konkurencyjności przestrzenno-gospodarczej. Przez długi czas zarządzanie marketingowe opierało się wyłącznie na realizowaniu przelotnych inicjatyw reklamowych. Obecnie jednak, coraz częściej władze lokalne starają się traktować marketing jako spójne, strategiczne, a przede wszystkim kompleksowe zarządzanie. Dlatego też, działania promocyjne gminy Uniejów wywierają ogromny wpływ na kreowanie własnej, niepowtarzalnej marki, w której intensywnie rozwija się działalność uzdrowiskowa, turystyczna czy rekreacyjna. Uniejów to obecnie najmłodsze uzdrowisko termalne w Polsce, a także jedyne w całym województwie łódzkim. Unijne inwestycje, geotermia i nawiązanie nowych współprac pozwoliły gminie wyrwać się z marazmu. W przeszłości bowiem, gmina ta miała charakter rolniczy i była jedną z najuboższych w Polsce. Małe miasteczko zawsze kojarzyło mi się bardziej z zapadłą dziurą o której czym prędzej trzeba zapomnieć, aniżeli z ośrodkiem turystycznym promowanym na całą Polskę. A jednak! Rozpoczęcie prac nad wydobyciem wód geotermalnych stało się  początkiem licznych zmian w środowisku przyrodniczym, sferze społecznej oraz gospodarce.
Zarządzanie marketingowe wyróżnia między innymi określenie potrzeb potencjalnych klientów, rozpoznanie ich preferencji, obserwację i zrozumienie zasad panujących na rynku. Ponadto dotyczy ustalania konkretnych celów, a także wywierania wpływu na otoczenie i partnerów z którymi się współpracuje. Chcąc zatem odnosić sukcesy, władze samorządowe są zmuszone do zaplanowania, a następnie realizowania działań promocyjnych i wykreowania oryginalnej marki miejsca. Stworzony wizerunek ma niebagatelny wpływ na wyobraźnię odbiorcy oraz powstające w jego głowie wspomnienia i doświadczenia, na skutek przebywania w konkretnym miejscu. Dlatego właśnie tworzone są wszelkie sugestie w postaci symboli, zachowań mieszkańców, haseł oraz spotów reklamowych i wydarzeń. Wszystkie atrakcje, jakie ma do zaoferowania samorząd terytorialny, wartość zarówno materialna, niematerialna jak i historyczna, w połączeniu z działaniami marketingowymi mają szanse sprawić, że turyści będą chcieli polecać to miejsce, a w przyszłości może nawet do niego wrócić.
„Termy Uniejów – tu narodzisz się na nowo” to esencja wielopłaszczyznowej promocji medialnej. Chlorkowo-sodowa woda mineralna, która jest wydobywana z głębokości około 2 km o temperaturze 68-70 st. to największe bogactwo miasta. Ze względu na swoje właściwości zdrowotne jest wykorzystywana w profilaktyce, rehabilitacjach oraz leczeniu schorzeń różnego rodzaju układów. Zabiegi zdrowotne i odnowa biologiczna w nowoczesnym kompleksie termalno-basenowym  zapewniają chwilę relaksu, a bogata oferta zawiera między innymi baseny zachęcające do kąpieli na świeżym powietrzu, strefę Wellness&SPA, komory śnieżne, sanarium czy basen lodowy. Oprócz tego, woda geotermalna nadaje się do konsumpcji i służy w kuracjach pitnych. Jest się czym pochwalić, prawda? Nic więc dziwnego, że podstawę promocji Uniejowa stanowi fakt uzyskania statusu miejscowości uzdrowiskowej, a na oficjalnym samorządowym logo dumnie widnieje napis „Uniejów Uzdrowisko Termalne”. Dogodna lokalizacja i dostępność do wód geotermalnych pozwoliły władzom miasta w stosunkowo krótkim czasie znacząco rozszerzyć atrakcyjność oferty turystycznej, a ta z kolei przyczyniła się do większej rozpoznawalności gminy.
„Uniejów – Miasto Wody, Indian i Rycerzy” – tak brzmi hasło promocyjne uzdrowiska. Z pewnością dużo lepiej, niż „Poddębice – miasto słońca”, które nijak odnosi się do rzeczywistości. Paradoks polega na tym, że formalnie to właśnie Poddębice są miastem powiatowym, a ludziom kojarzy się ono wyłącznie za sprawą uniejowskich term. Aha! Zaznaczam przy tym, że Poddębice również mają dostęp do wód geotermalnych, nawet o wyższej temperaturze. Wracając jednak do meritum, hasło reklamowe łączy w sobie trzy najważniejsze cechy uzdrowiska. Okazuje się, że oprócz term Uniejów słynie z Towarzystwa Przyjaciół Indian Ameryki Północnej oraz Bractwa Rycerskiego „Signum Temporis”. Świadczą o tym kompleks rekreacyjno-turystyczno-edykacyjny – Kasztel Rycerski otwarty w 2008 roku (obecnie w remoncie) oraz skansen w postaci „Zagrody Młynarskiej” działający prężnie od 2012 roku. Wokół wszystkich wymienionych elementów promocji władze samorządowe podejmują inicjatywy, które w atrakcyjny sposób podnoszą wartość miasta. Przykłady? Indiańskie Lato im. Sat-Okha, Ogólnopolski Festiwal Muzyki i Tańca Ameryki POW-WOW, Wielki Turniej Rycerski na zamku w Uniejowie, Średniowieczny Jarmark na Kasztelu Rycerskim czy Ogólnopolskie Dni Wody. Ciekawym elementem promocji jest też umieszczenie motywu lilii z herbu miasta w różnych zakątkach Uniejowa. Są to z pozoru nic nie znaczące, drobne „smaczki”, jednak w końcowym rozrachunku pozwalają one nadać miejscu odpowiedni kształt i charakter. Zorganizowano nawet festiwal tematyczny o nazwie „Królestwo Lilii”, który polegał na stworzeniu barwnych kompozycji kwietnych z motywem lilii w Uniejowskiej Kolegiacie. Do rozwoju gminy przyczyniła się także interdyscyplinarna współpraca z wieloma uczelniami. Partnerska współpraca została nawiązana między innymi z Łódzką Akademią Sztuk Pięknych, Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, Akademią Techniczną w Warszawie czy Łódzką Politechniką. Dostęp do wiedzy i pomoc doświadczonych naukowców to  niewątpliwie duża szansa na dalszy rozwój miasta i realizację nowych planów.
Absolutnym zaskoczeniem jest jednak udział Uniejowa w organizacji imprez masowych we współpracy z Radiem ZET i TVP2 „Lato ZET i Dwójki”. Przyznam, że widywałem transmisje z uniejowskich term w „Pytaniu na Śniadanie” czy „Dzień Dobry TVN”, słyszałem reklamy kompleksu basenowo-termalnego puszczane w radiu, ale nigdy nie spodziewałbym się w tym miejscu tak dużego koncertu muzycznego. Kiedy rok temu przeczytałem, gdzie odbędzie się jedna z większych imprez muzycznych w Polsce… byłem w szoku. Koncert przy obiektach termalnych przyciągnął kilkudziesięciotysięczną publiczność i był transmitowany przez telewizję Polsat na żywo. Trudno o lepszą reklamę, prawda?
W Uniejowie organizowane są również imprezy targowe, konferencje, seminaria, sesje naukowe oraz delegacje wizyt krajowych i zagranicznych.  Podejmowane są inicjatywy stworzenia niezależnej marki „Eko Uniejów”, który współfinansowany jest z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Dotyczy on różnych działań zmierzających do umocnienia pozycji miasta i budowy silnej marki bazującej na elementach przyrodniczych, a także walorów turystycznych w wizerunku Uniejowa. Działania te, mają pomóc zwiększyć komfort mieszkańców, promować zdrowy styl życia oraz możliwość wykorzystania zasobów przyrody przy tworzeniu tego typu miejsc. Nie bez znaczenia było stworzenie oficjalnych stron internetowych Uniejowa, kompleksu termalnego oraz wykorzystanie mediów społecznościowych. Utrzymanie bliskiego kontaktu z inwestorami, dzielenie się na bieżąco najważniejszymi informacjami, a także łatwy dostęp do oficjalnych treści wzmacnia pozytywny wizerunek gminy.
Ogólny zarys kampanii promocyjnej Uniejowa określa w jaki sposób władze samorządowe wypromowały Uniejów. Drzemiący pod powierzchnią ziemi potencjał, kilkusetletnia spuścizna historii miasta oraz walory krajobrazowe wreszcie zostały docenione. Koncepcja promocji marketingowej opiera się bowiem na wykreowaniu „młodego duchem uzdrowiska” poprzez wykorzystanie aspektów przyrody oraz stworzeniu w centrum Polski turystyki uzdrowiskowej wraz z nowoczesnym ośrodkiem SPA. W tym momencie jest to jedyne takie miejsce w regionie. Założenia te, w zestawieniu z bogactwem historycznym miasta pozwoliły stworzyć zupełnie nową, oryginalną markę, a to z kolei, przyciągnęło turystów z całej Polski. Połączenie umiejętnego zarządzania z rozległymi działaniami marketingowymi pozwoliło całkowicie przekształcić model rozwoju gminy. O potencjale tego miejsca świadczy fakt, iż baseny termalne wraz z całą gminą Uniejów zdobywają liczne nagrody ogólnopolskie i regionalne. Należy przy tym pamiętać, że działalność gminy dopiero się rozwija, a obecna oferta turystyczno-wypoczynkowa nie spełnia jeszcze wszystkich kryteriów kompletnego kurortu turystycznego. W ostatnich latach podejmuje się jednak działania na wielu różnych płaszczyznach rozwoju w taki sposób by stworzyć jeszcze bardziej integralny, spójny i wszechstronny produkt turystyczny.

Literatura:
1. Kowalska P.: Zintegrowany produkt turystyczny w działaniach produkcyjnych gminy Uniejów i jego rola w budowaniu marki miejsca, Biuletyn Uniejowski, Łódź 2016
2. Gorczyczewska E., Smętkiewicz K.: Budowa i promocja marki miejsca na przykładzie uzdrowiska termalnego Uniejów, Łódź 2013
3. Oficjalny portal internetowy uzdrowiska Uniejów: www.uniejow.pl


Copyright © 2014 Pocztówki z Centrum , Blogger