WĘGRY: Zachwycające Gyor

WĘGRY: Zachwycające Gyor

Ratusz Varoshaza
W samym sercu Małej Niziny Węgierskiej leży pulsujące życiem, wielotysięczne miasto Gyor, zwane przez niektórych „miastem rzek”…Przepływa tu bowiem Dunaj (miejscowo Mosoni-Duna), Rába i Rábca. Tutejsza starówka, z malowniczym Kaptalandomb to z pewnością jedna z najlepszych egzemplifikacji renesansu i baroku na Węgrzech, a urokliwe uliczki i place potrafią oczarować i skraść serce każdego podróżnika… Życie toczy się tutaj jakby trochę wolniej, jakby radośniej… Ludzie są pogodni, uśmiechnięci… a kawiarnie i restauracje gwarne nawet w środku tygodnia… Nikt się nie spieszy, nikt nie przemyka chyłkiem ze wzrokiem utkwionym w posadzkę… Jest spokojnie, przyjaźnie. Mieszkańcy i turyści mieszają się w barwnym korowodzie na ulicach, w kawiarnianych ogródkach, przed pięknymi, okazałymi witrynami sklepów… ze śmiechem i pełni pogody ducha sączą drinki, smakują wina, degustują dania… Wszędzie w wokół toczą się rozmowy... węgierski język, tak trudny i tak intrygujący w sercu Europy szemrze wokół jak wzburzona rzeka… Jest pięknie, ciepło i naprawdę po węgiersku… - to będą moje wspomnienia z Gyor.

Odrobina historii

Győr zachwyca nie tylko architekturą i atmosferą ale także historią. Początki miasta sięgają zamierzchłych pradziejów, kiedy po ziemiach Europy stąpali jeszcze tajemniczy Celtowie… W V wieku p.n.e. na terenie dzisiejszego śródmieścia została założona celtycka osada Arrabona. Jej nazwa wywodziła się od słów „arabo” czyli łagodna, spokojna (była to dawna nazwa rzeki Raby… ) oraz „bona” co oznaczało po prostu miasto.

Około 10 r. n.e. osada została podbita przez Rzymian i zaczęła pełnić funkcję rzymskiego castrum (obozu/zamku)– jednego z ważniejszych w całej Panonii, ponieważ strzegło granic Imperium! Wokół castrum powstała osada cywilna, która przez 400 lat niezakłóconego rozwoju pod panowaniem rzymskim stała się centrum dla potrzeb ekonomicznych i kulturalnych całego regionu!! Rzymianie opuścili miasto dopiero w IV wieku n.e. po najazdach Germanów i Hunów.

W IX wieku Győr zostało zdobyte i zajęte przez wojska króla Franków i Longobardów - Karola Wielkiego (742-814), a pod koniec X wieku, za czasów panowania księcia węgierskiego Stefana I miasto stało się siedzibą biskupstwa. Wybudowano tu również zamek. Tym samym, jest to jedno z  najwcześniejszych miast Węgierskich. Co więcej, już 1271 roku zostało uznane za „wolne miasto królewskie"!
W średniowieczu gród odpierał najazdy austriackie i czeskie, mimo to sukcesywnie budował swoją pozycję gospodarczą, bazując na szlakach handlowych prowadzących do Wiednia, Sopran i Bratysławy. Znaczenie miasta stopniowo wzrastało, zwłaszcza w czasach tureckich, gdy Habsburgowie w pośpiechu przekształcili je w twierdzę mającą bronić drogi prowadzącej na Wiedeń.

Niestety, twierdza padła pod koniec XVI wieku i miasto znalazło się pod panowaniem tureckim.  Wojna trwała długo... Z pomocą pospieszyły armie chrześcijańskie, ale udało im się odbić Győr dopiero po czterech latach. W czasie zaciętych walk zniszczona została większa część ówczesnej zabudowy...  Mimo ogromnej tragedii i gigantycznych zniszczeń miasto podniosło się z upadku, przybierając zupełnie nowe oblicze.  Do miasta zawitał barok...

W XVII i XVIII wieku Győr ponownie stało się ważnym centrum handlowym. Przez port nad Dunajemn odbywał się obrót bydłem i zbożem. Zarejestrowanych było 1500 wytwórców! Działało mnóstwo cechów rzemieślniczych… a dodatkowym impulsem dla rozwoju było przywrócenie w 1743 roku  praw „wolnego miasta” (które Győr utraciło na przeszło 300 lat).

W 1810 roku miasto zostało zajęte przez wojska Napoleona… podobno zawitał tutaj nawet sam cesarz. Okres świetności skończył się jednak wraz z wybuchem II wojny światowej, w czasie której w skutek nalotów bombowych dotkliwie zniszczona została zabytkowa tkanka miejska. Na szczęście wiele udało się uratować i przywrócić do świetności, wnosząc do miasta nowego ducha.

Püspöki Székesegyház - bazylika

 

Zachwycająca przestrzeń 


Przede wszystkim należy zwiedzić starówkę! Wspaniała atmosfera wąskich, miejskich uliczek i gwarnych pełnych życia placów, przyprawiona jest szczyptą oryginalnej i okazałej architektury oraz efektownej iluminacji świetlnej po zmroku.
Barokowo
Większość kamieniczek na Szechenyi ter pochodzi z XVII i XVIII wieku. Charakteryzują się dziwną mieszanką swojskości i architektonicznego majestatu, zresztą jak cała tutejsza, historyczna zabudowa. Na mnie ogromne wrażenie zrobił także porządek i dbałość o estetykę. Próżno szukać tu szyldów, reklam, bilbordów czy zbędnych banerów reklamowych. Identyfikacja wizualna, także handlowa jest skromna, czytelna i wpasowana w kontekst miejsca. Napisy często umieszczane są bezpośrednio na ścianach budynków, z zachowaniem historyzującej czcionki. Zauważalna jest również ogromna dbałość o jakość witryn sklepowych, często bardzo ozdobnych, wykonanych z ciemnego drewna, przywodzącego na myśl dawne sklepy kolonialne...

Charakterystyczną cechą starówki są także narożne okna i wykusze. Jest ich tutaj wiele, bardzo wiele! Miejscowa legenda mówi, że matki kazały tak budować domy, by móc obserwować kto odprowadza do domu ich córki :)

Przepiękne detale
Dominantą placu Szechenyi ter jest kościół Jezuitów, wzniesiony wg planów Baccia del Bianco. Monumentalna, dwu wieżowa fasada króluje nad całą płytą placu, a ze szczytu spogląda na ludzi figura Ignacego Loyoli. W centralnej części placu podziwiać możemy kolumnę maryjną, upamiętniającą wyzwolenie Budy w 1686 roku. Warto dodać, że na terenie starówki mamy do czynienia z ogromnym nagromadzeniem różnych pomników, rzeźb i innych symboli pamięci.

Szechenyi ter i kolumna maryjna
Co ciekawe, są to pomniki religijne, historyczne, pamiątkowe czy wreszcie czystko symboliczne. Z tej perspektywy, przestrzeń publiczna jawi się jako strażnik pamięci o minionych czasach i świadectwo nieustającej ewolucji cywilizacyjnej i światopoglądowej. Tak na marginesie, obserwując tą różnorodność treści zaczęłam się zastanawiać nad usuwaniem z przestrzeni publicznej pomników, w sytuacji kiedy stają się one politycznie, kulturowo lub społecznie niewygodne... Jaki to ma sens? Gdzie zarysowuje się granica? Jak dokonywać oceny, które elementy usunąć, a które należy zostawić? I czy wreszcie nie jest fałszowanie historii i próba udawania, że czegoś nie było... mimo, że było? Ciekawa jestem Państwa opinii i będę wdzięczna jeśli wyrazicie ją w komentarzach..




Ale wracając do Gyor. Ogromne wrażenie zrobił na mnie tutejszy ratusz (Városháza). Kwintesencja majestatu, okazałości i świetności monarchii austro-węgierskiej! Wspaniały, potężny, barokowy obiekt urzeka, przytłacza i olśniewa zarówno w dzień jak i w nocy. Trzeba to zobaczyć, usiąść pośród fontann i poddać się atmosferze tego miejsca, będącej kompilacją gwaru i miejskiego piękna. 

Ratusz Varoshaza


Za niezwykle ciekawe i zachwycające miejsce uznać należy także bulwary i nowy plac nad Dunajem (Dunakapu ter). Ogromną zaletą tutejszej starówki jest także ograniczenie, a w zasadzie wyłączenie z ruchu kołowego. Dzięki temu po wszystkich zabytkowych uliczkach można bezpiecznie spacerować, oddając się kontemplacji architektury i atmosfery miejsca. Nie oznacza to jednak, że kierowcy zostali wykluczeni z grona użytkowników przestrzeni, a dostęp do starówki jest dla nich zakazany... Roztropnie zadbano o równowagę i dla zmotoryzowanych turystów oraz mieszkańców urządzono ogromny, podziemny parking, mieszczący się właśnie pod wspomnianym, nowym placem. Już na pierwszy rzut oka rozwiązanie wydaje się niezwykle trafione. Parking znajduje się w doskonałej lokalizacji, bezpośrednio przy głównych atrakcjach historycznej części miasta, zapewniając bezpośredni dostęp do placu i zabytków. Jednocześnie nie szpeci krajobrazu - próżno szukać tu morza samochodów, zastawiających najbardziej atrakcyjne działki w centrum... Jednym słowem i wilk syty i owca cała :)
Miłośnicy architektury z pewnością zwrócą uwagę na ciekawe, współczesne uzupełniania historycznej zabudowy. Z jednej strony mamy do czynienia z nowoczesnymi formami i materiałami, które wnoszą świeżość i powiew współczesności. Z drugiej, utrzymanie skali, proporcji, kontekstu, przez co świetnie wpisują się w krajobraz i tworzą spójną, choć różnorodną mozaikę, będącą świadectwem historycznych nawarstwień. Na placu Dunakapu ter jest to szczególnie odczuwalne...
Zabudowa placu Danakapur ter z oryginalną współczesną zabudową

Zachwycająca kuchnia

W Gyor urzekła mnie również doskonała kuchnia. Do pubu (tak tak... był to pub) trafiliśmy z polecenia obsługi hotelu (skądinąd niezwykłe miejsce - hotel w dawnym klasztorze!) i jak się okazało był to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Nie tylko było to miejsce oryginalne i piękne, ale przede wszystkim wybitne kulinarnie. Już po przeczytaniu karty można się było zorientować, że kucharz ma pojęcie o tym co robi... ale dopiero degustacja dała nam pełny obraz jego kunsztu. Dania były wyśmienite, przepięknie podane i na tyle duże, że można było się spokojnie najeść... Albo mieliśmy wyjątkowe szczęście, albo jest to jedna z lepszych "restauracji" w jakich miałam okazję być w ostatnim czasie!

John Bull Pub ze wspaniałym jedzeniem
Przepiękne wnętrze pubu
Hotel Klastrom mieszczący się w murach dawnego klasztoeu

Ciekawostka:

Miasto Győr jest miastem rodzinnym znanej rzeźbiarki węgierskiej  Margit Kovasc. Tworzyła ona głównie postaci w glinie, ale nie tylko. W jej bogatej, ponad 50-letniej spuściźnie znajdują się także mosaiki, płaskorzeźby, talerze i dzbanki. Wypracowała  swoisty styl, rozpoznawalny na pierwszy rzut oka. Czerpała inspirację ze sztuki ludowej, bajek i mitów węgierskich.

Fotorelacja

Püspöki Székesegyház - bazylika

Püspöki Székesegyház - bazylika







Kochamy Gyor :)

WĘGRY: Pechowe Balatonszarszo

WĘGRY: Pechowe Balatonszarszo

Wschód słońca nad Balatonem

Balaton, największe w Europie jezioro, „węgierskie morze”, przeszło 77 km długości, 14 km szerokości i 500 km2 powierzchni lustra wody... To musi robić wrażenie! I rzeczywiście, pobyt nad Balatonem na długo zapadnie nam w pamięć… przy czym będą to bardzo zróżnicowane wspomnienia...

1. Zaskoczenie pierwsze

Środkowe Węgry, kilka godzin w podróżny. Droga ciągnie się prosto aż po horyzont. Wszędzie, jak okiem sięgnąć pola uprawne i łąki.. Ładny widok i mimo arterii komunikacyjnej, którą się poruszamy odczuwamy pewnego rodzaju błogość, że krajobraz może być tak piękny, nieupstrzony przypadkowymi zabudowaniami, że łany zbóż mogą się kłaść pod powiewem wiatru, że wały przeciwpowodziowe mogą dumnie prężyć swoje starannie skoszone stoki… trochę sielsko, anielsko węgiersko…

Jednak mimo klimatyzacji upał i przejechane kilometry dają się we znaki… powoli zaczyna dopadać nas zmęczenie, a marzenia o kawie z każdą chwilą przybierają coraz bardziej wyrazistą formę. Czas na postój… Niestety, wybór miejsc, które oferują choćby podstawową obsługę gastronomiczną jest znikomy. Zatrzymujemy się wreszcie na jedynej w okolicy stacji paliw (europejska sieciówka). Szczęśliwie, kawa jest w ofercie… Jednak kupienie jej, nie jest wcale tak banalnym przedsięwzięciem, jak mogłoby się wydawać. Następuje pierwsze zderzenie z węgierską rzeczywistością. Bardzo szybko okazuje się, że pani za kasą, skądinąd sympatyczna kobieta koło czterdziestki, nie posługuje się żadnym językiem obcym…. I nie jest to brak umiejętności płynnej konwersacji! Jest to bariera totalna, sprowadzająca się do nieznajomości nawet podstawowych liczebników… Jedno jest pewne, przerażenie w jej oczach dorównywało naszemu rozbawieniu… Ale udało się! Szczęśliwie jeden z członków ekipy zna liczebniki węgierskie J no i od czego są ręce? …Język migowy uratował już nie jedną osobę… tym razem ocalił nasze marzenie o kawie…

Ale, ale… ten fragment w zasadzie nie o tym. Bariera językowa, to przecież nieodłączny „smaczek” wszelkich zagranicznych wojaży. Prawdziwe zaskoczenie przyszło w chwili, w której chcieliśmy skorzystać z toalety. Okazało się bowiem, że oczywiście można… oczywiście odpłatnie… i oczywiście w niebagatelnej cenie przeszło 3 euro od osoby…

2. Zaskoczenie drugie

Naszym oczom ukazał się Balaton. Woda, woda, woda… lekko błękitna, lekko turkusowa, trochę srebrna, upstrzona setkami żagli i żagielków…. i tysiącami pływająco - plażujących wczasowiczów. Zwłaszcza z oddali widok zapiera dech w piersiach i pierwsze spotkanie z Balatonem, jako atrakcją przyrodniczo-krajobrazową jest niezapomniane.
Balaton wieczorową porą

Zatrzymujemy się w Balatonszarszo… jednej z dziesiątek miejscowości turystycznych, które wyrosły na brzegu tego ogromnego jeziora. Zaplanowany mamy nocleg tranzytowy w obiekcie należącym do Together Balaton Villas (tutaj). Domek dla 6 osób zamawialiśmy, jak mamy to w zwyczaju, przez Booking… Nie pierwszy raz korzystaliśmy z ofert zamieszczonych w serwisie. Za każdym razem bardzo szczegółowo sprawdzamy lokalizację, udogodnienia (np. parking, wifi, itd) a także opinie innych gości, ponieważ oceny wystawiane przez poprzednich lokatorów do tej pory nigdy nas nie zawiodły… 
I tu pojawia się zaskoczenie nr 2.

Wybrany przez nas obiekt, zgodnie z ofertą stanowił samodzielny, wolnostojący domek jednorodzinny, z pokojem dziennym , kuchnią, łazienką i sypialnią na dole oraz dwoma sypialniami i łazienką na piętrze. Całości dopełniał osłonięty zadaszeniem taras, z którego można było dostać się bezpośrednio na brzeg jeziora… i dalej pomostem ponad taflę wody. 
Widok z naszego pomostu
Taras naszego domku

W każdej sypialni była oddzielna klimatyzacja a węzeł kuchenny został wyposażony we wszystkie podstawowe „niezbędności”… Ocena obiektu wg booking.com 9,5 (czystość 8,8, komfort 9,6, lokalizacja 9,6). I tu pojawiło się zaskoczenie, niby wszystko się zgadzało, niby żadnych uchybień w stosunku do oferty nie było… niby… czyli prawie, a jak mówi słynne już porzekadło „prawie czyni wielką różnicę”. To ładne i zachęcająco wyglądające na zdjęciach miejsce okazało się po prostu brudne. Byliśmy przekonani, że ocena 8,8 - choć nie jest może szczytem marzeń - powinna gwarantować jako taką dbałość o czystość i schludność. Tymczasem dom był w zasadzie jedynie „pogarnięty” z wierzchu… a sprzątany prawdopodobnie na początku sezonu i to raczej niezbyt dokładnie. Szczególnego klimatu nadawały także wszechobecne pająki i pajęczyny, w ilościach przyprawiających o gęsią skórkę. Pająki, wielkości kciuka chodziły po szybach, zwieszały się z tarasu, spacerowały po podłogach… brrr.
Kolekcja pająków i pajęczyn
W tych dniach, w Balatonszarszo gościła zresztą wystawa egzotycznych pająków… Nie musieliśmy iść! W domku, który zamieszkiwaliśmy mieliśmy własną… no cóż…

Pająki nie były niestety jedyną atrakcją lokalu. Znacznie gorsze wrażenie zrobiły na mnie bowiem brudne prześcieradła (do tego w kolorze granatowym). Pościel wyglądała wprawdzie na czystą, ale prześcieradła były pomięte i poplamione, co pozwala mi sądzić, ze nie zmieniono ich po poprzednich gościach.. podobnie zresztą jak zielonych ręczników w łazienkach… Uroku miejsca dopełniała podleśniała podkładka (rodzaj wycieraczki) pod prysznicem, odklejające się tapety, uszkodzony zamek w drzwiach wejściowych i brudne podłogi ze śladami stóp wcześniejszych lokatorów…
Odłażące tapety i granatowe brudne prześcieradła

Jakim cudem ten obiekt uzyskał ocenę 8,8 za czystość?… nie mam pojęcia. Być może standardy czystości na Węgrzech są po prostu inne… W każdym razie, raczej przetrwaliśmy niż przespaliśmy tę noc. Śniadanie zjedliśmy z wykorzystaniem jednorazowych talerzy, kubków i sztućców, które szczęśliwie zabraliśmy z domu (na tzw. wszelki wypadek) i bardzo się cieszyliśmy, że to jedynie nocleg tranzytowy.
Podkładka przy prysznicu

3. Zaskoczenie trzecie

Spacer po Balatonszarszo… Późne popołudnie, ale słońce grzeje jeszcze mocno. Szybko orientujemy się, że w zasadzie nie ma czego zwiedzać. Za główną i jedyną istotną przestrzeń publiczną uznać należy Toparti park… Kilka drzew, niewielki odcinek utwardzonego nabrzeża, malowniczy zachód słońca w towarzystwie wyniosłych i wiecznie głodnych łabędzi… a tuż obok parku fragment utwardzonego placu, plenerowa estrada i coś na kształt lokalnego centrum gastronomii. Zmęczeni podróżą postanowiliśmy odpocząć w zaciszu jednego z częściowo zadaszonych pasaży. Usiedliśmy, zamówiliśmy piwo i frytki …nieco przaśnie, ale od czego w końcu są wakacje? Raz kiedyś można sobie pozwolić na „ekstrawagancje”… Zresztą wybór też był niewielki, bo w ofercie dominowały fast foodowe dania… I tu zaczyna się zaskoczenie nr 3, które trwale zapisało się w naszej pamięci i pozostawiło niezbyt sympatyczne wspomnienia.

Pani, która przyjmowała zamówienie wydawał się miła. Jednak pozory, jak się później okazało, mogą bardzo mylić. Pierwsza konsternacja nastąpiła w momencie, gdy otrzymaliśmy złotawy nektar bogów, zwany potocznie piwem… Odkąd pamiętam piwo duże – to 0,5 l podawane w kuflu/szklance lub jednorazowym plastikowym, przezroczystym kubku, a małe – to 0,3l serwowane w wysokiej szklance lub przezroczystym kubku… Tym razem było jednak inaczej. Małe piwo pani podała nam w rzeczywiście małych (najwyżej 0,2l), plastikowych kubkach, jakie znamy z automatów do wody…

Na moje zdziwienie zareagowała oburzeniem – o co mi w zasadzie chodzi – przecież u nich to jest standard… ok. – byłam już na Węgrzech i jakoś sobie tego standardu nie przypominam… ale co kraj to obyczaj... tym razem może raczej co region. 
Nie będę się sprzeczać. Grzecznie usiadłam czekając na moje frytki. Dla jasności całej sytuacji powinnam jeszcze dodać, że płaci się oczywiście podczas składania zamówienia…

Czas mijał. Początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego upływu pogrążeni w miłej konwersacji, śmiejąc się i omawiając dotychczasowe wrażenia. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie jednak, że upłynęło już co najmniej 25 minut a naszych frytek jak nie było… tak nie ma. Z lekkim zdziwieniem spojrzałam na zegarek. Jak długo można czekać na frytki? Poszłam zapytać, co się dzieje z naszym zamówieniem i kiedy możemy spodziewać się jego realizacji. Sympatyczna dotąd Pani popatrzyła na mnie spode łba i odburknęła „nie teraz” – po czym zupełnie mnie ignorując wróciła do wydawania kilku niewielkich (raczej rozmrażanych niż robionych na miejscu) krążków pizzy. Skonsternowana usiadłam… Ok. Kobieta jest zajęta… może wydaje wcześniejsze zamówienie… (warto wspomnieć, że mieliśmy zamówienia nr 3 i 4).

Czas mijał. Wokół nas gęstniał tłum. Na estradzie lokalny zespół rozkładał sprzęt grający i podejmował coraz głośniejsze próby zainteresowania ludzi swoją niezbyt atrakcyjną muzyką, która dla Polaka staje się jeszcze bardziej nieznośna, gdy zacznie wsłuchiwać się w słowa… wszystko co zapamiętałam to „esze, pesze hui wesze”… tyle przynajmniej dało się zrozumieć.

Przebój rozbrzmiewał coraz głośniej. Wokół nas śmigały pizze, grosy z frytkami i inne dania. Węgrzy, racząc się piwem i jedzeniem byli w coraz lepszych nastrojach, muzyka podobała się coraz bardziej… a naszych frytek jak nie było… tak nie było. Po przeszło 50 minutach postanowiłam interweniować po raz kolejny… Z nieukrywaną irytacją stwierdziłam, że niemal od godziny czekamy na nasze zamówienie – 4 porcje frytek… Pani spojrzała na mnie groźnie, po czym stwierdziła, żebym nie przeszkadzała, bo frytek na razie nie ma i nie będzie… ponieważ oni nie mają prądu… Może bym nie zareagowała, może po prostu poszłabym do domu i zapomniała o sprawie, zachowując w pamięci jedynie niesmak związany z tym, że obsługa nie raczyła nas poinformować, o problemach technicznych… może. Ale historia potoczyła się inaczej… z prostej przyczyny. W tym samym momencie, gdy Pani skończyła mówić, że nie mogą zrobić frytek ponieważ nie mają prądu, zza jej pleców wyłonił się chłopak z tacami, na których znajdowały się 4 porcje gyrosa …z frytami…

Pewnie jestem zołza, pewnie pyskata… i do tego wkurzona, gdy ktoś kłamie mi prosto w oczy… Z rosnącą irytacją, wyczuwalną zarówno w głosie jak i pewnie w wyrazie twarzy – zapytałam jak to możliwe, że dla innych gości frytki jednak są. Pani z mieszanką rozbawienia i kpiny nagle przesłała rozumieć w jakimkolwiek języku, choć do tej pory rozmawiała ze mną biegle po angielsku… i chociaż koniec końcem, obsługa oddała nam pieniądze, po tym jak się okazało, że wcale nie musze być ani grzeczna ani miła, to w pamięci pozostanie tylko to, że próbowano nas oszukać na banalnych kilkuset forint tylko dlatego, że jesteśmy obcokrajowcami i łatwo można zasłonić się barierą językową. Nieprzyjemny finał dnia… nad pięknym „węgierskim morzem” .

Szczęście w nieszczęściu – czekając na frytki zgłodnieliśmy na tyle mocno, że mimo konfliktu z obsługą pierwszego lokalu zdecydowaliśmy się na wizytę w drugim. Tym razem skusiliśmy się na lokalną, tradycyjną potrawę… czyli drożdżowy placek kukurydziany pieczony w głębokim tłuszczu. Może nie było to dietetyczne, ale za to bardzo smaczne… no i czas oczekiwania wynosił 15 minut.

Bar w którym nie podano nam frytek....

Podsumowanie


Pobytu w Balatonszarszo nie możemy zaliczyć do udanych. Mimo pięknych okoliczności przyrody, przepięknego, ciepłego jeziora i wspaniałych krajobrazów - obsługa turystyczna pozostawia dużo do życzenia. Być może w zakresie miejsca noclegowego i restauracji/baru mieliśmy po prostu pecha, niemniej jednak cała miejscowość wywarła na nas raczej przytłaczające i zniechęcające wrażenie...
Zamiast przyjemnej, wypoczynkowej atmosfery dominuje tu hałas, gwar, tłok i „turystyczny dadaizm”. Atrakcyjność została zastąpiona przez kicz i przaśność, rozrywa przez hałas i …hałas, a gastronomia, poza nielicznymi wyjątkami sprowadza się do cukierni i fast foodów. 
Nam ten rodzaj rozrywki nie przypadł do gustu...

Zobaczyliśmy Balaton, wykąpaliśmy się w jago ciepłych, zmąconych wodach… odhaczyliśmy to zadziwiające jezioro na mapie naszych podróży… ale do Balatonszarszo już raczej nie wrócimy!
TROGIR - subiektywny przewodnik po magicznym mieście

TROGIR - subiektywny przewodnik po magicznym mieście

Trogir, Stare Miasto widziane z mostu prowadzącego na wyspę Ciovo
W Dalmacji zakochałam się od pierwszego wejrzenia miłością bezgraniczną i nieskończoną. Światło słoneczne jest tutaj jaśniejsze, morze bardziej błękitne a życie piękniejsze. W każdym kamieniu, w każdej łodzi, w każdej palmie, w każdym ludzkim uśmiechu jest tyle pozytywnej energii, że potrafią zachwycić nawet największego pesymistę :)

Jedną z perełek tego szczególnego regionu jest TROGIR, miasto o wielowiekowej historii, niezwykłej lokalizacji i fantastycznej atmosferze, które od 1997 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. I to właśnie o Trogirze zamierzam dziś opowiedzieć.

Kiedy przybyliśmy tu po raz pierwszy poczuliśmy się jak w magicznej krainie, położonej gdzieś na styku Wenecji i krajobrazów znanych z "Gry o Tron" (skądinąd film jest kręcony m.in. w Dubrowniku). Jak przystało na turystycznych detektywów zwiedzanie zaczęliśmy od zapoznania się z historią miasta, co pozwoliło lepiej zrozumieć tą różnorodną mozaikę stylów architektonicznych. Trogir to miejsce, w którym skrywają się zabytki greckie, rzymskie, węgierskie a wszystko to ubrane jest w oryginalne i charakterystyczne motywy weneckie... Dzisiejsze miasto, to materialny zapis bogatej historii wojen i handlu ale także kultury i sztuki...

Kilka słów o początkach miasta

Trogir założyli Grecy, pochodzący przypuszczalnie z wyspy Issa (dziś Vis) już w III wieku p.n.e. Co ciekawe, nazwa wywodzi się od słowa TRAUGURION czyli "Kozia Wieś" :).
W I wieku n.e. to zlokalizowane na wyspie, portowe miasto przeszło pod panowanie Rzymian, którzy krwawo zapisali się na kartach tutejszej historii. Cesarz Dioklecjan nakazał bowiem stracić w Trogirze biskupa Splitu, niejakiego Dujama... była to kara za głoszenie wiary chrześcijańskiej!

W 1107 roku Trogir znalazł się pod panowaniem Węgrów, a kilkanaście lat później, w 1123 został zniszczony przez Saracenów. Na szczęście miasto podniosło się z upadku i niecałe 70 lat później zostało odbudowane. Usytuowanie na przybrzeżnej wyspie sprzyjało rozwojowi handlu dalekomorskiego i  w krótkim czasie Trogir wyrósł na liczący się w regionie port.
W 1420 roku dostał się pod panowanie weneckie, które trwało przeszło 350 lat... nadało to miastu szczególny charakter i na stałe zmieniło jego krajobraz w niemal bajkową krainę...

Co warto zobaczyć

Zabytkowa część Trogiru zlokalizowana jest na niewielkiej, owalnej wyspie, usytuowanej pomiędzy stałym lądem a wyspą Čiovo.
Wszystkie trzy elementy połączone są systemem pięknych, malowniczych mostów. Niestety w sezonie są one dość mocno obciążone ruchem komunikacyjnym, dlatego warto skorzystać z "wodnych taksówek", które regularnie przewożą turystów z wyspy na wyspę. 



Bramy do miasta

Wschodnia część historycznej zabudowy to pozostałości po pierwotnym mieście, zachodnia natomiast dawniej była zamieszkiwanym przez rolników podgrodziem. Na Stare Miasto prowadzi późnorenesansowa Brama Północna, nazywana też Lwią Bramą, ponieważ na gzymsie nad łukiem umieszczony jest lew św. Marka. Ponad przejściem w kształcie łuku triumfalnego znajduje się również figura bł. Jana z Trogiru (Ivana Ursiniego - patrona miasta, który w XIw. pełnił funkcję biskupa). Z przeciwnej strony na teren Starego Miasta można wejść tzw. Bramą Morską wybudowaną w 1593 roku, zamykającą pasaż komunikacyjny. Obydwie bramy zlokalizowane są w pozostałościach muru obronnego, co nadaje miastu specyficzny, nieco warowny klimat.

Starówka - doświadczanie historii

Kręte, wąskie uliczki pełne zaskakujących zaułków, wszechobecne kafejki, restauracje, klepy z pamiątkami i galerie sztuki, niezliczone kamieniczki, pałacyki i kościółki, winorośl pnąca się po ścianach i stanowiąca sklepienie klimatycznych podwórek i wreszcie chłód i blask białego kamienia, po którym ludzie stąpają od setek lat... Jakże się nie zakochać w tym miejscu? Jak nie oddać serca tej leniwej, spokojnej, śródziemnomorskiej atmosferze? Tutaj czas potrafi zwolnić... można zapomnieć o codzienności, o pośpiechu, o nieodebranych mailach, o zaległych telefonach, o przytłaczających obowiązkach... Tutaj problemy dnia codziennego zostają za murami miasta... Kiedy jesteś w środku, gdy popijasz zimną lemoniadę wpatrując się w Katedrę św. Wawrzyńca, gdy sączysz cappuccino w cieniu pałacu Cipiko, świat za murem przestaje istnieć... Jest tylko tu i teraz... niezwykła mieszanka energii i wyciszenia, melancholii i chęci do życia, radości i nostalgii... 



Za najciekawszy trogirski pałac uznaje się właśnie Pałac Čipiko. Zespół pałacowy składa się z dwóch budynków połączonych ze sobą mostkiem, pod którym biegnie wąska uliczka. Elementem unikatowym są tutaj charakterystyczne triforia w stylu weneckiego gotyku ozdobione dodatkowo  balustradą, pilastrami i figurami aniołów. Budynek wybudowano w 1457 roku i był on własnością najbogatszej i najznamienitszej wówczas rodziny kupieckiej. 
Przy wejściu do pałacu zobaczyć można rzeźbę drewnianego koguta, która pochodzi ponoć z dziobu tureckiego okrętu, który brał udział w bitwie pod Lepanto w 1571r.

Plac Jana Pawła II (Trg Ivana Pavla II) i Katedra Św. Wawrzyńca


Wewnątrz świątyni warto obejrzeć kaplicę Ursiniego z XV wieku, wykonaną przez Nikolę Florentyńczyka (Nikola Firentinac). Wystawiony jest w niej gotycki sarkofag ozdobiony reliefem przedstawiającym wspomnianego już patrona miasta Ivana Ursiniego (zwanego też Giovanni Orsini). Kaplica jest bogato zdobiona, podziwiać w niej można około 160 postaci aniołów, cherubinów i świętych otaczających Boga!



Nieopodal katedry znajduje się także zabytkowy, romańsko - gotycki ratusz i wieża zegarowa. W ratuszu zobaczyć możemy piękny, kamienny stół udekorowany płaskorzeźbą z XV wieku uosabiającą Sprawiedliwość. Do wieży wciąż jeszcze są przymocowane łańcuchy, które w przeszłości służyły do przykuwania, wystawianych na widok publiczny skazańców. Za ratuszem znajduje się bazylika św. Barbary z przełomu IX i X wieku, a także klasztor Dominikanów w stylu renesansowym, romański kościół sióstr benedyktynek z XII wieku oraz kościół św. Mikołaja, w którym można podziwiać płaskorzeźbę z I wieku n.e.!

Twierdza Kamerlego

Twierdza Kamerlengo wybudowana została przez Wenecjan w XVw. jako uzupełnienie systemu miejskich fortyfikacji. Jest to czworoboczna budowla, przypominająca nieco zamek warowny z charakterystycznym, wewnętrznym dziedzińcem. Od strony morza twierdza  posiada masywną wieżę. Budowla, oprócz funkcji czysto obronnych pełniła także rolę rezydencji weneckiego gubernatora.
Zgodnie z miejscową legendą twierdzę tę łączono z lądem za pomocą potężnej liny, która miała stanowić nietypową przeszkodę dla niechcianych, wrogich statków. 

Dodatkową atrakcją tego miejsca są letnie seanse filmowe, odbywające się pod gołym niebem. Warto również wspiąć się na wieżę, z której roztaczają się fantastyczne widoki na miasto i port.

Promenada

Spacerując po Trogicze nie można zapomnieć o malowniczym, pełnym śródziemnomorskiego klimatu bulwarze. Szeroki deptak, wyniosłe, egzotyczne palmy, dziesiątki łódek, łódeczek i majestatycznych, luksusowych jachtów.... czego chcieć więcej! Nie trudno się zapomnieć i wyobrazić sobie, że jest się postacią z filmu :)




Wyspa Ciovo - na zakończenie relaks na plaży

...a na zakończenie warto zakosztować uroków malowniczej wyspy Ciovo, pełnej kameralnych zatoczek, wzgórz, gajów oliwnych i pięknych plaż...




PLAN MIASTA

 1. BRAMA PÓŁNOCNA,  2. BRAMA MORSKA, 3. PAŁAC CIPIKO, 4. KATEDRA ŚW. WAWRZYŃCA, 5. RATUSZ MIEJSKI, 6. WIEŻA ZEGAROWA, 7. KOŚCIÓŁ ŚW. BARBARY, 8. KLASZTOR SIÓSTR BENEDYKTYNEK, 9. KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA. 10. TWIERDZA KAMERLEGO. 11. BASZTA ŚW. MARKA

 

FOTORELACJA:














Praktyczne porady - dojazd i komunikacja

Największa grupa turystów do Trogiru przyjeżdża własnymi samochodami. Z Polski, przykładowo z Warszawy do Trogiru jest ponad 1400 km jeśli wybierzemy trasę przez Czechy, Austrię i Słowenię. We wszystkich tych krajach za przejazd autostradami należy zapłacić poprzez wykupienie specjalnej winiety. Inaczej jest w samej Chorwacji, gdzie płaci się na bramkach autostradowych w zależności od liczby przejechanych kilometrów.

Niemal do samego Trogiru dojedziemy autostradą A1. W przypadku wycieczek do pobliskich miast można korzystać z bezpłatnych, malowniczych dróg krajowych, takich jak droga numer 8 prowadząca do Splitu lub droga 58 w stronę Szybeniku.

W pobliżu znajduje się międzynarodowy port lotniczy (4,5 km od miasta). Od 2014 roku istnieje bezpośrednie połączenie lotnicze z Polską.

W centrum Trogiru znajduje się kilka parkingów, to ważne bo po terenie starego miasta można poruszać się tylko pieszo.  

Do pobliskiego Splitu dojedziemy autobusem komunikacji miejskiej - linia 37.


Dodatkowe informacje historyczne:

  • Po upadku Wenecjan w 1797r. miasto weszło w skład cesarstwa austro-węgierskiego (z krótkim epizodem mającym miejsce w latach 1806-1814, gdy Trogir dostał się pod panowanie Francuzów), 
  • Po I wojnie światowej miasto stało się częścią Jugosławii,
  • Obecny krajobraz (w tym struktura urbanistyczna miasta) miasta nakreślił się w okresie od XIII do XVw. - kiedy to Trogir stał się jednym z najbogatszych ośrodków na wschodnim wybrzeżu Adriatyku.

Źródła:
  • Chorwacja od środka - kieszonkowy przewodnik.
  • www.wikipedia.org
  • www.trivago.pl
  • www.turysci.info
  • www.bezmapy.pl
  • www.e-trogir.org
  • www.chorwacjaonline.com.pl
  • www.adriatyk.info
  • www.mojachorwacja.blox.pl/tagi_b/91240/UNESCO.html 
  • Jaskulski M,. Atlas turystyczny Chorwacji, wydawnictwo SBM, ISBN 978-83-8059-323-7
Copyright © 2014 Pocztówki z Centrum , Blogger