Pałac Piorunów Spa... a miało być tak pięknie....

Pałac Piorunów Spa... a miało być tak pięknie....


Wyprawa do Piorunowa była spontaniczna. Sobotnie przedpołudnie i pierwsze wiosenne promienie słońca obudziły w nas na nowo chęć zwiedzania i odkrywania. Dlatego tuż po śniadaniu spakowaliśmy aparat i ruszyliśmy w trasę. Wybór miejsca podyktowany był... ciekawością :). Pałac Piorunów stał się bowiem w ostatnim czasie obiektem stosunkowo rozpoznawalnym i komentowanym. Zaniedbany niegdyś dwór został kilka lat temu adaptowany na ośrodek spa. Słyszeliśmy, że jest to miejsce przyjazne, zadbane i interesujące nie tylko pod względem architektonicznym, ale także z uwagi na ciekawą historię i związki z literaturą piękną...

Piorunów, to mała miejscowość ukryta wśród łąk i pól, położona w województwie łódzkim, w powiecie łaskim w gminie Wodziarady. Przed II wojną światową majątek należał do rodziny Niemyskich, którzy nabyli tutejsze ziemie na początku XX wieku, po śmierci poprzedniego właściciela Leona Dorszyńskiego (jego szczątki spoczywają w pobliskim Małyniu).

Leon Niemyski był człowiekiem biznesu o zacięciu politycznym i społecznym. Nie tylko prowadził rozległe interesy na warszawskim Powiślu (był fabrykantem białoskórnikiem) ale został także wydawcą i współredaktorem pisma "Ogniwo", które powstało na fali krytyki tzw. "prasy postępowej". Autorzy i redaktorzy skupieni wokół "Ogniwa" dążyli do stworzenia pisma, które zastąpiłoby chylące się ku upadkowi (ich zdaniem) zasłużone tygodniki  i  stało się organem opinii radykalnych kół społeczeństwa (S. Stempowski) - (więcej na temat pisma "Ogniwo" TUTAJ). 

Z zachowanych materiałów wynika, że powstanie "Ogniwa" w dużej mierze było możliwe właśnie dzięki Niemyskiemu, który we wspomnieniach Stempowskiego i Posnera jawi się jako człowiek pełen energii i inicjatywy, mocno zaangażowany w sprawę oraz wydawnictwo.

Pisząc o Piorunowie i Niemyskim warto jednak  kilka słów poświęcić również Stanisławowi Stempowskiemu - polskiemu działaczowi społecznemu, którego pod koniec 1921 roku przyjęto do loży masońskiej (loża "Kopernik"). Co więcej, w 1923 został on wielkim sekretarzem Wielkiej Loży Narodowej Polski, a w latach 1926 - 1928 pełnił nawet funkcję wielkiego mistrza. Bardzo mocno zaangażował się także w politykę, choć nie polską. W roku 1920 został ministrem rolnictwa, a potem ministrem zdrowia Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Prywatnie Stanisław Stempowski przez wiele lat związany był z Marią Dąbrowską. Bliskie relacje Stempowskiego z rodziną Niemoyskich sprawiły, że pisarka często gościła w Piorunowie, który należał wówczas do Lucjana Niemyskiego (syna Leona) oraz jego żony Barbary. Jak wynika z dzienników Dąbrowskiej, pierwszy raz przyjechała tu 14 kwietnia 1927 r., a rok później wraz ze Stempowskim spędziła tu nawet Święta Bożego Narodzenia (od 21 do 27 grudnia).  Ponownie pisarka odwiedziła Piorunów w 1933 roku, podczas prac nad IV tomem powieści "Noce i Dnie". Przypuszczalnie, bohaterowie książki: Barbara Niechcicowa oraz Lucjan Kociełł - otrzymali imiona "zapożyczone" od właścicieli majątku w Piorunowie. Czy Dąbrowska wzorowała się również na ich cechach osobowościowych, tego niestety nie wiemy.  Warto jednak podkreślić, że w Piorunowie powstało aż 7 rozdziałów powieści, a tutejsze stawy, porośnięte grzybieniami północnymi, stały się inspiracją dla jednej z najpiękniejszych scen "romantycznych" polskiej literatury...
Piorónów był swoistym "laboratorium" pisarki. Obserwowała tutaj życie codzienne folwarku, a następnie przelewała te doświadczenia na papier, czyniąc swą książkę autentyczną i życiową. W Swoich pamiętnikach zanotowała np."... dziś rano byłam przy drenowaniu podwórza (głównie o to drenowanie mi idzie, bo Bogumił ma drenować Serbinów)". 
Po raz ostatni Maria Dąbrowska gościła w Piorunowie w czerwcu 1939 roku.

Jeden ze stawów należących do folwarku,na którym rosły grzybienie północne  znajduje się w pałacowym ogrodzie.
Obiekt, który możemy dziś oglądać został wybudowany w 1925 roku przez Lucjana Niemyskiego i pozostał jego własnością aż do wybuchu wojny. Wraz z nadejściem Niemców właścicieli wypędzono z majątku. Musieli się oni schronić w Dąbrowie Leśnej.
Dąbrowska szczególnie doceniała działania Lucjana Niemoyskiego na rzecz rodzin żydowskich. Właśnie dzięki jej pamiętnikom w roku 2000 przyznano Lucjanowi i Barbarze Niemyskim tytuł "Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata" (LISTA POLSKICH SPRAWIEDLIWYCH).

W roku 1945 w Piorunowie utworzono PGR, a następnie w połowie lat 70-tych ośrodek kolonijny Komendy Wojewódzkiej MO w Sieradzu. W latach 90-tych dwór nabyła osoba prywatna a potem bank. Na początku lat 2000 wszedł w posiadanie obecnego właściciela. Remont rozpoczął się w 2003 roku, a obiekt został adaptowany na hotel i ośrodek spa. Z założenia, traktujemy ten pomysł jako bardzo trafiony. Dwory zamki i pałace wykazują bowiem stosunkową łatwość adaptacji do nowych funkcji, zwłaszcza hotelowych i pensjonatowych. Cechują się też dużą turystyczną wartością.
Dzieje się tak, ponieważ poprzez kontekst historyczny (kulturowy) mają automatycznie przypisany pierwiastek „prestiżu”, tak pożądany przy tego typu ofertach. Dodatkowym atutem jest z reguły lokalizacja w otoczeniu zieleni (historycznie ukształtowanych zespołach parkowych). 
 
Dobudowany "pałacowy" portyk wejściowy
Piorunów powitał nas okazałą bramą i klasycznie zagospodarowanym podjazdem, w kształcie dużej elipsy. Budynek, w jaskrawym żółtym kolorze rzuca się w oczy, ale barwa, mimo pewnej krzykliwości nie jest przytłaczająca. Naszą uwagę zwrócił okazały, kolumnowy portyk, w stylu klasycystycznym (choć kolumny nie wykazują cech stylowych).  Nie jest to jednak element oryginalny obiektu. Został dobudowany przez obecnych właścicieli, aby nadać budynkowi bardziej "pałacowego" charakteru. Całość nie razi i nie rani odczuć estetycznych, portyk został wkomponowany w bryłę całkiem zgrabnie, choć ostateczny efekt jest nieco teatralny i można wyczuć brak autentyzmu (głównie z uwagi na "udawane"  głowice kolumn). 
Tylko dlaczego kolumny pomalowano w połowie?
Wiosna i słońce zachęcały do spaceru. Chcieliśmy obejrzeć cały obiekt. Niestety, mimo pozytywnego "pierwszego" wrażenia, gdy ruszyliśmy w stronę parku (oraz bocznej i tylnej elewacji budynku) spotkało nas spore rozczarowanie.
Adaptacja na hotel i ośrodek spa, wymagała rozbudowy. Inwestor zdecydował się na realizację zespołu basenowego (i całkiem słusznie!) - niestety, forma architektoniczna przeprowadzonej rozbudowy zupełnie nie przypadła nam do gustu. Smutny, przeszklony pawilon, dostawiony do głównej bryły i przekryty wielkim, spadzistym dachem wygląda jakby pochodził z zupełnie innej bajki. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znika gdzieś pałacowy klimat, i tego klimatu... niestety żal. 
...gdzie się podział pałacowy kilmat? - w tej przybudówce mieści się hotelowy basen... Czekamy na Państwa opinie!
Elewacja od strony ogrodu, także otulona dziwacznym pawilonem skrywa ponadto pałacowy taras, należący do restauracji. Nie wiem, czy trafiliśmy na "zły dzień", może było zbyt wcześnie (jeszcze przed południem), ale mimo kilkunastu samochodów stojących na parkingu, cały obiekt a zwłaszcza restauracja wyglądały "martwo" i niezachęcająco. Mieliśmy wielką ochotę na kawę w pałacowym wnętrzu (które jak można przypuszczać po zdjęciach zamieszczonych na stronie hotelu) są pięknie odrestaurowane i urządzone, ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się wejść do środka... Czuliśmy się obco. Trochę jak intruzji. Być może jest to zabieg celowy, aby zapewnić większą kameralność gościom hotelowym, jednak z perspektywy "turysty" zwiedzającego okolicę, obiekt wydaje się hermetyczny i introwertyczny. Cała jego "energia" skierowana jest gdzieś do "wnętrza". Może warto pomyśleć nad większą otwartością. Ciepło i przyjazna atmosfera bijąca od miejsca to jeden z atrybutów ekonomicznego sukcesu!


Spojrzenie do środka - restauracja piękna... trochę szkoda, że taka pusta
Relikt drzewa w przypałacowym parku.... musiało być ogromne!

Pałac od strony parkingu
Ciekawostka:
Latem 2010 roku  w Pałacu Piorunów kręcono sceny do filmu "Weekend"  w reżyserii Cezarego Pazury.




Pałac w Gostkowie - perełka klasycyzmu

Pałac w Gostkowie - perełka klasycyzmu

Pałac w Gostkowie - fasada frontowa
Pierwsze wzmianka o Gostkowie pochodzi z 1391 roku. Etymolodzy nazwę miejscowości wiążą z jej położeniem "przy gościńcu" , czyli na skrzyżowaniu średniowiecznych traktów z Uniejowa do Parzęczewa, z Łęczycy do Poddębic i dalej do Szadku i Sieradza. Żartownisie opowiadają, że w Gostkowie nocował sam Zbyszko z Bogdańca, poszukując swej ukochanej Danuśki. Przypuszczalnie miał przy sobie nawet szczebel z drabiny, która się śniła św. Wojciechowi...

Ale tak zupełnie poważnie, pierwszymi znanymi właścicielami majątku byli Gostkowscy. Jeden z przedstawicieli rodu, niejaki Wojciech Gostkowski zapisał się nawet na kartach historii, jako autor rewolucyjnych jak na XVII wiek traktatów ekonomicznych, w których żądał m. in.:  ograniczenia emisji pieniądza i proponował reformę monetarną, demaskował sposoby nadużyć podatkowych i domagał się wprowadzenia jednolitego systemu celnego.
Po Gostkowskich dobra były w posiadaniu Załuskich, Wierzejewskich, krótko Walewskich, Grudzińskich a ostatecznie Skrzyńskich. Rodzina Skrzyńskich została wyrzucona z gospodarstwa przez okupanta, a majątek przejęli Niemcy. Ostatni właściciel, jak zresztą wiele podobnych mu osób, zginął w Dachau. Ludzie z Gostkowa, którzy przebywali w obozie wraz z nim opowiadali, że został zabity szpadlem przez strażnika, ponieważ był zbyt wyczerpany, by pracować.

Dziś Gostków to wieś położona w gminie Wartkowice. I choć jest to miejscowość niewielka skrywa ciekawą perłę polskiego klasycyzmu. Tuż przy głównej drodze, prowadzącej z Poddębic (siedziby powiatu) do Łęczycy (oraz na autostradę A2), znajduje się przepiękny i całkiem dobrze zachowany, okazały zespół pałacowy wzniesiony na przełomie XVIII i XIX wieku przez Zygmunta Grudzińskiego. Projektantem obiektu był wybitny polski budowniczy Hilary Szpilowski, autor m. in.  Pałacu Kazimierzowskiego w Warszawie (obecnie siedziba Uniwersytetu Warszawskiego) czy też pałacu w Walewicach.
Na budynku, w kilku miejscach można odnaleźć datę 1802, którą uznać należy za rok ukończenia budowy pałacu.
Dwukondygnacyjny budynek wybudowano na planie prostokąta. Na osi fasady wznosi się monumentalny portyk, wsparty na czterech smukłych, jońskich kolumnach, nadających budowli antyczny, stylowy charakter. Portyk zwieńczony jest trójkątnym tympanonem, w którego wnętrzu znajduje się duże półokrągłe okno. Powierzchnię tympanonu pokrywa kolor różowy. Na zewnątrz zamyka go dekoracja kostkowa w kolorze bieli. Pod nim znajduje się fryz, na którym umieszczono łaciński napis: “Superanda Omnis fortuna. ferenda est” co w dostępnych na temat pałacu materiałach tłumaczone jest jako - trzeba pogodzić się  losem, lub trzeba znieść wszelki los, który należy pokonać. 
Znalazłam jednak nieco inne tłumaczenie tej sentencji: Cierpliwością pokonuj niepowodzenia, czy też Cierpliwie pokonuj niepowodzenia... - co zdecydowanie zmienia treść tego przesłania.

Spojrzenie na portyk od dołu
Wracając jednak do obiektu - fasada pałacu od strony ogrodu posiada półokrągły  ryzalit, znajdujący się na osi budynku. Kondygnacje oddzielone są gzymsem kordonowym a pod okapem znajduje się gzyms wieńczący wsparty na kroksztynach. Dach czterospadowy, kryty obecnie miedzianą blachą (historycznie - czerwoną dachówką).

Elewacja ogrodowa z półokrągłym ryzalitem. Niestety od tej strony pałac jest bardziej zaniedbany
We wnętrzu budynku, w monumentalnym hollu znajduje się trzybiegowa klatka schodowa oraz od strony ogrodowej owalny salon. Najbardziej interesujące są jednak unikatowe polichromie, wykonane w technice temperowej, które powstały prawdopodobnie w latach 1809-1812. Jest to dzieło nieznanego malarza, utrzymane w stylu cesarstwa i znajduje się niemal we wszystkich pomieszczeniach pałacu.

W okresie okupacji polichromie zniknęły pod grubą warstwą ordynarnie nałożonej farby. Na szczęście w latach 1962-1965, odkryto je ponownie i uratowano. Pracami kierował wówczas profesor K. Dąbrowski.

W sieni, nad drzwiami znajdują się armatury i panoplia, na klatce schodowej kolumnada z romantycznym pejzażem i świątynią antyczną w parku, a na suficie amorki w chmurach.

W salonach umieszczono owalny plafon z Cererą (patronką rolników), oraz plafon przedstawiający Zeusa na Olimpie. Niezwykle urokliwe są również umieszczone na suficie symboliczne personifikacje czterech pór roku oraz groteski w stylu pompejskim.
Po wejściu do sieni zwraca uwagę także oryginalna podłoga wykonana z sześciokątnych, ciętych w poprzek słoi bali dębowych. Trzeba podziwiać wytrzymałość materiału, po którym do dziś chodzą petenci Urzędu Gminy, który mieści się w murach pałacu.

Warto podkreślić, że po wojnie majątek uległ parcelacji a pałac popadł w ruinę. Niektórzy mówią, że za ocaleniem budynku stoi jeden człowiek: Antoni Pawenta, który przez 40 lat walczył o to, by uratować zespół pałacowy. Pan Antoni  przybył do Gostkowa w 1947 roku. Dzięki jego staraniom wstawiono wyrwane framugi okienne i drzwiowe, poprawiono dach a w końcu przeprowadzono także generalny remont.

Gospodarzami pałacu w "Gostkowie" był między innymi łódzki "Kuśnierz" oraz Zakład Unasieniania Zwierząt (od 1971 roku). Obecnie mieści się tu Urząd Gminy. Nie jest to może najszczęśliwsze rozwiązanie, możliwości zwiedzania obiektu są bowiem mocno ograniczone, jednak dzięki funkcji publicznej pałac ocalał i przetrwał do dziś w bardzo dobrym stanie.

Jak każdy historyczny obiekt, tak i pałac w Gostkowie skrywa swoje małe tajemnice. Podobno, 11 XI 1815 roku przebywał tu sam car Aleksander I Romanow, podejmowany przez Załuskich. Inna legenda głosi, że pałac odwiedzał również Napoleon Bonaparte. Historycy nie potwierdzają tej tezy, jednak biorąc pod uwagę, że dwór przez krótki okres należał do Walewskich, nie można zupełnie wykluczyć takiej możliwości. Może po prostu nie bywał tu.... oficjalnie...

Na zakończenie należy dodać, że od strony wjazdu pałac otaczają stylowe oficyny, rozmieszczone symetrycznie do obiektu. Interesująca jest zwłaszcza oficyna północna z gankiem wspartym na dwóch kolumnach, zwieńczonym trójkątnym szczytem.
Od strony zachodniej znajdują się pozostałości parku, na które składają się resztki alei modrzewiowej i kwadratowej sadzawki zamykającej oś widokową. Park o powierzchni 3,9 ha nosi cechy  ogrodu romantycznego  i  ma charakter późnobarokowy o czym świadczyć może osiowy układ założenia. Powstał prawdopodobnie pod koniec XVIII lub na początku XIX wieku, jednak w latach 1900 – 1915 został poddany remontowi i przebudowie. Drzewostan wzbogacono o gatunki iglaste, wprowadzono także gatunki egzotyczne, jak żywotniki.

Przebywając w okolicy warto zwiedzić ten wyjątkowy obiekt :)

Dane obiektu:

Zespół pałacowo-parkowy w Gostkowie:
  • pałac, murowany, zbudowany w stylu klasycystycznym w1802 r., restaur. w 1960 r. – obiekt zabytkowy nr rej. 201/A, nr dec. Kl IV-680529/67, wł. Urząd Gminy, 
  • oficyna, murowana z pocz. XIX w. restaur. w 1960 – obiekt zabytkowy nr rej. 229/A, nr dec. Kl IV 680 530/67, wł. Mazowieckie Centrum Hodowli i Rozrodu Zwierząt w Gostkowie,
  • spichlerz, ob. oficyna, murowana z pocz. XIX w., restaur. w 1960 r. – obiekt zabytkowy nr rej 230/A, Ldz Ks V-21/108/49, 
  • park pałacowy z pocz. XIX w. – obiekt zabytkowy nr rej. 202/A Kl IV 680 531/67; wł. Urząd Gminy,

Źródła:
  • Biuletyn PTTK, Łódź nr 5/6 z 1972 roku
  • Jabłońska-Mruk U., Zabytki Gminy Wartkowice
  • Ruszkowski A., "Sieradz i okolice", Sieradz 2000.
  • http://www.parki.org.pl/parki-dworskie-i-przypalacowe/klasycystyczny-zespol-palacowo---parkowy-w-go
  • http://www.wartkowice.pl/asp/pl_start.asp?typ=14&menu=13&strona=1
  • http://www.zamkilodzkie.pl/pliki/stary_gost.htm
  • Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania gminy Wartkowice
Dwór w Bronowie - czyli gdzie mieszkała Maria Konopnicka

Dwór w Bronowie - czyli gdzie mieszkała Maria Konopnicka


Dworek w Bronowie wzniesiony przez Dzierzbickiego
Malownicze pola, łąki, lasy i bezdroża... sienkiewiczowski spokój, łany pszenicy, sielskość i anielskość rozciągająca się po horyzont... szlachecka polska wieś, wesoła i rubaszna. Tak kojarzy się Bronów, niewielka miejscowość w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Wartkowice.

Pierwsza wzmianka o Bronowie (Brunowo) pochodzi z 1391 roku. Dobra te należały do Bronowskich herbu Korab, a następnie do Kossów. Najbardziej majątek kojarzony jest jednak z Konopnickimi, a w szczególności z niezwykłą ikoną polskiej literatury Marią Konopnicką. Bronów trafił w ręce rodziny w 1844 roku, kiedy to nabył go Wawrzyniec Konopnicki herbu Jastrzębiec (późniejszy teść Marii) - za niebagatelną kwotę 161 333 złotych polskich. Był to ponoć człowiek wesoły, niezwykle rozrywkowy, raptowny i jowialny... zupełnie niemający głowy do interesów, co niestety przekazał w genach swojemu synowi Jarosławowi, czyli mężowi Marii.
Dworek w Bronowie - wejście główne

Nie wszyscy jednak wiedzą, że tzw. "dworek Marii Konopnickiej w Bronowie", o którym często czytamy w różnego rodzaju folderach turystycznych, i który stoi obecnie w bronowickim parku, to nie jest ten obiekt, w którym rzeczywiście zamieszkała młoda mężatka w 1862 roku, kiedy to wyszła za Jarosława Konopnickiego - swojego "wąsatego anioła" jak zwykła go nazywać w czasach, gdy kwitła młodzieńcza miłość, nie skalana jeszcze problemami dnia codziennego...

Relikty zabudowań folwarcznych
"Prawdziwy" dworek Konopnickiej przypominał bardziej wieśniaczą chatę niż dwór ziemiański. Był mały, niski i kryty strzechą. Prawdopodobnie posiadał niewielki ganek. Co ważne, w odróżnieniu od współczesnego dworku był drewniany - miał modrzewiowe, obrzucone tynkiem ściany i jedynie 4 małe okna, które wpuszczały do wnętrza niewiele światła. Okna te na noc zamykano jeszcze okiennicami z wyciętym serduszkiem. Dworek był ciasny. Mieścił zaledwie 5 pokoików, kredens, kuchnię i spiżarnię. Do domu wchodziło się przez sień (gdzie trzymano smycze dla chartów i torby borsucze). Po prawej stronie znajdował się salonik, który zdobiły  portrety Jana III Sobieskiego, Jana Kochanowskiego i księdza Kordeckiego, a ogrzewał go staroświecki kominek.  Z sieni na lewo wchodziło się do pokoju jadalnego, a dalej do sypialni należącej do Wawrzyńca Konopnickiego. Należy pamiętać, że w dworku, oprócz młodej pary i ich dzieci (ostatecznie sześciorga) oraz teścia mieszkało także młodsze rodzeństwo Jarosława. Nie były to zatem komfortowe warunki.
Relikty zabudowań folwarcznych

Majątek w Bronowie był duży, obejmował 40 włók, 11 morgów i 167 prętów. Oprócz Bronowa w jego skład wchodziły także wsie: Piotrów, Bronówek, Zalesie i Konopnica. Niestety całość była zadłużona i zrujnowana. Maria Konopnicka musiała przeżyć nie lada wstrząs i rozczarowanie, kiedy zrozumiała na jakie życie skazał ją jej "wąsaty anioł". Okazało się, że dom był zrujnowany. Na przyjazd młodej gospodyni, aby ukryć mankamenty ("przypudrować fasadę") otynkowano rozpadające się w ściany i zmurszałe belki. Prawdopodobnie, w budynku uginały  się nawet stropy.  Sama Konopnicka pisała ..."zapadał się tedy ów dworek stary, belka po belce (...) a pułap coraz to był niższy, coraz bardziej tłoczący..." (Niemczaki"). Tak oto Maria Konopnicka stała się Panią na Bronowie.
Tak mógł wyglądać dworek Konopnickich... - rysunek własny :)

Jarosław Konopnicki gospodarował swym majątkiem wesoło i niefrasobliwie. Kuligi, zabawy, polowania, kolejno po sobie następujące chrzciny (Maria urodziła 8 dzieci, z których przeżyło sześcioro) - stanowiły treść życia mieszkańców małego dworku. Jarosław lubił się ponadto procesować. Majątek się kurczył... rosły za to długi. Na dodatek trzeba było przygotować posagi dla sióstr i oddać bratu Eugeniuszowi majątek w Zalesiu. To nie mogło się dobrze skończyć...

I rzeczywiście - ten beztroski, hulaszczy tryb życia, niefrasobliwość i lekkomyślność doprowadziły rodzinę do bankructwa. Dla rzetelności należy dodać, że nie bez znaczenia były również represje popowstańcze czy reforma uwłaszczeniowa, które dodatkowo utrudniły sytuację finansową Konopnickich.

Niemniej jednak, w roku 1868 sytuacja była tak zła, że na mocy decyzji z dnia 4 lipca dobra Bronowa z przyległościami zajęte zostały na przymusową sprzedaż (choć akt sprzedaży sporządzono dopiero w 1873 r.).Majątek zlicytowano za śmieszną wówczas kwotę 51 975 rubli, co było ponoć równoważne z wartością samego lasu, wchodzącego w skład majątku.

W ten oto sposób Bronów wszedł w posiadanie postaci znanej z poprzedniego felietonu, niezwykle operatywnego właściciela Biernacic - Artura Dzierzbickiego (więcej TUTAJ). Nowy gospodarz, w roku 1902 rozebrał stary, modrzewiowy dworek i zbudował nowy, murowany z cegły przywiezionej z Uniejowa. Trudno dziś jednoznacznie przesądzić, gdzie znajdował się  pierwotny dworek. Niektórzy twierdzą, że dokładnie w miejscu istniejącego obiektu, który postawiono na starych fundamentach. Inni zaś mówią, że modrzewiowy dworek stał obok i usytuowany był pod kątem prostym do obecnego, bliżej zabudowań folwarcznych. Ostatecznie mogłyby o tym przesądzić jedynie badania archeologiczne. Pewne jest jednak, że dworek otoczony był bujną zielenią, którą Maria uwielbiała i która w dużej części przetrwała do dziś.

Budynek wzniesiony przez Dzierzbiskiego jest niewielki ale solidny.  W czasie II wojny światowej mieściła się tutaj siedziba niemiecka. Po wojnie popadł jednak w ruinę,  groziła mu nawet rozbiórka, (głównie za sprawą dekretów Manifetsu PKWN  - dwór stanowił bowiem symbol obalonego systemy i powinien zniknąć z krajobrazu polskich wsi!). Na szczęście utworzono tu szkołę, a 14.05.1960 roku, z inicjatywy Haliny Sławińskiej, zainicjowano w ganku "kącik pamięci" poświęcony Marii Konopnickiej, wmurowano pamiątkową tablicę i otwarto szlak rajdu pieszego Bronów - Poddębice (poetka lubiła bardzo spędzać czas w poddębickim parku). Bronowickiej szkole nadano oczywiście imię Marii Konopnickiej.

Niestety, dwór ponownie popadał w ruinę. Dopiero dzięki wstawiennictwu Zarządu Głównego Towarzystwa im. Marii Konopnickiej u władz województwa, w 1980 roku rozpoczęto kompleksowy remont i renowację obiektu. Sama pamiętam jeszcze szkolny biwak i nocleg w śpiworach, na podłodze bronowskiego dworku...

W dniu 1 września 1995 roku w budynku działalność rozpoczęło Muzeum Oświatowe im. Marii Konopnickiej, założone przez sieradzką filię Wojewódzkiej Biblioteki Pedagogicznej w Łodzi. Dziś  prezentowane są tu stare dokumenty, fotografie, rękopisy i książki poetki, jak również meble i sprzęty. W jednym z pomieszczeń oglądać można stare podręczniki, zeszyty i pomoce szkolne. Organizowane są tu wystawy czasowe związane z życiem i twórczością Marii Konopnickiej, często wystawiane są także prace dzieci.

Co się stało z Marią Konopnicką po opuszczeniu przez nią Bronowa... i co tak naprawdę wiemy o tej niezwykłej  postaci? Już dziś zapraszamy do lektury kolejnego felietonu poświęconego niejasnej i skomplikowanej historii życia jednej z największych polskich poetek.
Płyta pamiątkowa poświęcona Marii Konopnickiej
Dworek od strony parku

Kamień i płyta poświęcone Marii Konopnickiej

Popadające w ruinę relikty zabudowań folwarcznych - grożą zawalenie

Folwark - spojrzenie romantyczne

Dworek - spojrzenie romantyczne
Redaktor Józef Naimski,  opis dworku w „Kurierze Warszawskim”: „(…) Kiedy minąwszy mostek stanęliśmy u podjazdu folwarcznego (…) ujrzałem śród drzew niski domek o dużej i wysokiej strzesze słomianej, chatę raczej wieśniaczą niż dworem pańskim będący. Na niskich ścianach trzymał się jeszcze tynk, którym je obrzucono, niedawno zapewne, gwoli wzmocnienia rozpadających się bierwion i desek. Cztery małe okienka, o sześciu szybkach każde, z frontu dworu ujmowały proste drewniane okiennice z wyciętymi u góry sercami. Pośrodku tych okien, jak całe domostwo, drzwi podwójne, sięgające prawie dachu, prowadziły do niewielkiej sieni. Wnętrze domku pp. Konopnickich mieściło pięć pokojów, kredens i kuchnię oraz spiżarnię, dwie ostatnie izby gospodarskie wychodzące na drugą sień od tyłu domu, gdzie tuż zaczynał się ogród dworski. Z sieni na prawo wchodziło się do saloniku, na lewo zaś do pokoju jadalnego, a za nim do sypialnego ojca p. Konopnickiego, sędziwego i zamaszystego p. Wawrzyńca. Z saloniku dwa okna wychodziły na klomb ślicznych, rosłych, starych jesionów, do dziś dnia doskonale zachowanych, które ocieniały również trzecie okno szczytowe, mniejsze, sąsiedniego maleńkiego pokoju Marii Konopnickiej, w którym podobno lubiła przebywać najdłużej (…)"


Dane dotyczące obiektu: 
  • dwór murowany z 1902 r., wł. Skarb Państwa – obiekt zabytkowy  nr rej. 314/A, nr dec. Kl IX-680529/67
  • rządcówka - obecnie dom, murowana z 1934 roku
  • czworak murowany z lat 20-tych XXw.
  • stajnia murowana z lat 20-tych XX w.
  • stodoły murowane z lat 20-tych XX w.
  • park dworski z przełomu XIX/XX o powierzchni 7,60 - obiekt zabytkowy 420/A, nr dec. Ps 02.01.53, 47/34/98


Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.2

Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.2

Krynica Zdrój - zdjęcie własne

...część 2: Narodziny uzdrowisk (część 1 - tutaj)


Strach przed ciepłą wodą trwał nieprzerwanie aż do końca XVII wieku. Nie dało się jednak całkowicie zrezygnować z higieny. Wprowadzono zatem pewien zamiennik... powiedzmy, że substytut czyli "suchą toaletę". Aby zapobiec odorowi spod pach, które cuchną capem, należy dotykać skóry i nacierać ją gałkami różanymi – czytamy w XVI-wiecznym poradniku. Z kolei higienista Jean du Chesne pisał w XVII w.: Po wypróżnieniu trzeba przede wszystkim uczesać się i natrzeć sobie głowę, a to zawsze od przodu ku tyłowi, czyścić szyję stosownymi szmatkami czy gąbkami, i to tak długo, aż głowa cała będzie oczyszczona z wszelkiego brudu; w czasie tego nacierania głowy można się nawet przechadzać, aby nogi i ręce rozruszały się nieco. Przykre zapachy niemytych ciał tłumiono perfumami (oryginalny tekst)

Jak można się spodziewać, efekt był mizerny. Brud, smród... i nie koniecznie ubóstwo, bo nie myto się nawet wśród arystokracji. Poziom higieny był dramatyczny. Ludzi nękały plagi wszy, pcheł i wszelkiej inne maści robactwa. Powstał nawet specjalny zawód "iskaczki"... wszyscy chyba wiemy, czym się zajmowały owe, niezwykle potrzebne niewiasty.
Co ciekawe, podobno na początku XVII na terenach dzisiejszej Rosji łaźnie (czyli tamtejsze banie) miały się w najlepsze . Jak pisał niemiecki uczony Adamus Alearius: „W Rosji nie ma takiego miasta ani wsi gdzie nie byłoby parowej łaźni. Rosjanie są w stanie znosić niezwykły żar. Witki na półkach łaźni pozwalają chłostać rozgrzane ciało tymi brzozowymi miotłami. Zimą, wyskoczywszy z bani kładą się na śniegu, nacierają nim ciało, a potem znowu wchodzą do gorącej bani. Tak diametralna zmiana działań okazuje się sprzyjać ich zdrowiu i urodzie” (czytaj)

Dopiero rozwój nauki, która jednoznacznie powiązała higienę osobistą ze stanem zdrowia oraz tężyzną fizyczną przyczynił się do zmiany nawyków kąpielowych.  Kluczowe okazały się podstawy mikrobiologii stworzone przez Ludwika Pasteura! Okazało się, żyjące na skórze chorobotwórcze mikroby trzeba usunąć  - najlepiej poprzez kąpiel! Woda wraca do łask!
Nie brakuje także odkryć na ziemiach słowiańskich. W Polsce w  roku 1617 Erazm Sykst wydał dzieło "Cieplice w Szkle", w 1630 Jan Sechnicki napisał "Cezurę o wodzie iwonickiej", a w 1776 Jakub Moneta, przyboczny lekarz króla Stanisława Augusta, opublikował dzieło o leczeniu zimną wodą górnych dróg oddechowych.

Jednak tradycje wodolecznicze ponownie natrafiły na podatny grunt dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Nastąpiło nie tylko odrodzenie istniejących uzdrowisk, ale także gwałtowny rozwój nowych ośrodków. W zdrojowiskach i kąpieliskach leczono niemal wszystkie dolegliwości.
Tym samym wodolecznictwo stało się ważnym elementem opieki zdrowotnej, choć początkowo wśród lekarzy panowała raczej głęboka wiara w uzdrawiającą moc natury, niż wiedza poparta naukowymi dowodami. Dopiero w XIX wieku przeprowadzone zostały dokładne badania wód mineralnych, co w sposób bezpośredni związane było z rozwojem nauk przyrodniczych. Bardzo ważnym opracowaniem, dotyczącym polskiego zdrojownictwa było dzieło Józefa Dietla (1804-1878) o Krynicy, Szczawnicy i Iwoniczu. Warto także dodać, że w II połowie XIX wieku dwaj lekarze: Alfred Sokołowski na Dolnym Śląsku i Tytus Chałubiński w Tatrach zapoczątkowali leczenie klimatyczne, stosując je na szeroką skalę w walce z gruźlicą.

W XIX wiek kurorty w dużej mierze wkroczyły z drewnianymi izdebkami pozbawionymi wygód, kabiny przyrodolecznicze nie posiadały bieżącej wody i ogrzewania, a całość miała zdecydowanie sezonowy charakter. 

Dopiero z czasem, pod wpływem niesłabnącego zainteresowania, rozpoczął się wzmożony ruch inwestycyjny, tak aby standard oferty dopasować do oczekiwań głównych odbiorców. W uzdrowiska inwestowali lekarze, przemysłowcy, ale także kupcy i właściciele ziemscy. Warto wspomnieć chociażby rodzinę Załuskich, która rozbudowała zdrojowisko w Iwoniczu czy Stanisława Staszica inwestującego w Ciechocinku. Naturalnym procesem było także zakładanie nowych uzdrowisk. Rozwój, a zwłaszcza sukces finansowy jednego miejsca, wzbudzał zainteresowanie kolejnych inwestorów w sąsiedztwie rozwijającego się ośrodka. Przykładem jest chociażby Rymanów założony w 1880 roku przez Potockich, zaledwie kilka kilometrów od funkcjonującego w pobliżu i cieszącego się coraz większą popularnością uzdrowiska w Iwoniczu.
Podstawowym zadaniem XIX-wiecznych uzdrowisk była poprawa stanu zdrowia i ogólnego samopoczucia. Jednak opierając się na opisach zawartych w przewodniku Aleksandra Ostrowicza po lądeckim kurorcie można śmiało stwierdzić, że pod względem funkcjonalnym miejscowość uzdrowiskowa musiała zaspokajać bardzo szeroki wachlarz potrzeb i oczekiwań. Niewątpliwie zabiegi medyczne odgrywały znaczącą rolę w pobytach uzdrowiskowych i dokładano wszelkich starań, aby przynieść chorym ulgę w różnych dolegliwościach, ale uzdrowisko było również miejscem towarzyskich spotkań.
źródło: https://www.pb.pl/najlepsze-uzdrowisko-ii-rp-797248Dodaj napis
 Jak podaje Aleksander Ostrowicz: „(…) w basenie robiono znajomości, bawiono się, śmiano i dowcipkowano, aranżowano zabawy na przyszłą niedzielę lub święto (…) Zdarzało się często, że towarzystwo fetowało w kąpieli; czołenko ku temu celowi zbudowane, w świeże przystrojone kwiaty, zjawiało się naraz zwolna posuwane, prezentowało kawę, czekoladę i ciasta. (…) kąpano się w kostiumach; w wymyślaniu i stwarzaniu tychże szczególniej przesadzały się damy, tak, że podobno kostiumy takie więcej zbliżały się podobieństwem do toalet balowych, niż do skromnych kąpielowych ubrań.”

W uzdrowiskach wznoszono łazienki, zakłady przyrodolecznicze, pijalnie wód, hale spacerowe, inhalatoria, pijalnie mleka, a nawet lecznice dla zwierząt. Ponadto realizowano domy zdrojowe, a także teatry, oranżerie, palmiarnie, cukiernie, kawiarnie, biblioteki, czytelnie i muszle koncertowe. Uzupełnieniem była infrastruktura pobytowa: hotele, zajazdy, gospody, restauracje, budynki handlowe, apteki, pralnie, kotłownie, rozlewnie wód, wytwórnie naczyń do wody i kioski meteorologiczne.
Dom Zdrojowy w Lądku Zdroju źródło: http://dolny-slask.org.pl/3621459,foto.htmlDodaj napis

Kursalony czyli Domy Zdrojowe bywały wyposażone w sale balowe, kawiarnie, stoły bilardowe, fortepiany przeznaczone dla gości, a także sale do gry w karty, w domino, szachy, posiadały czytelnie i wypożyczalnie książek. Podczas spacerów po parkach kuracjuszom towarzyszyły orkiestry zdrojowe, złożone często z kilkudziesięciu muzyków. Na Dolnym Śląsku dbano, aby piekarnie wiedeńskie dostarczały ciast, bułek, karlsbadzkich rogalików i lodów. Na terenie uzdrowisk znajdowały się sklepy galanteryjne, luksusowe, bławatne i inne. Pracowały modniarki, szwaczki, praczki, szewcy, krawcy, działała poczta i urząd telegraficzny, a to wszystko w otoczeniu parków i lasów, w których wyznaczano ścieżki spacerowe, wyposażone w infrastrukturę wypoczynkową. Zapewniano także możliwość wyjazdu na bliższe i dalsze wycieczki do sąsiednich miejscowości w celu uprawiania turystyki krajoznawczej. Wszystko w kurorcie, począwszy od układu przestrzennego, kompozycji zieleni, organizacji ścieżek spacerowych przez architekturę, a na rozmaitych ofertach funkcjonalnych skończywszy miało przede wszystkim służyć wypoczynkowi i rozrywce. Suma tych zjawisk pozwala wysnuć wniosek, że XIX - wieczne uzdrowisko było rodzajem turystycznego przedsiębiorstwa, w którym wielką wagę przywiązywano do różnorodności oferty, a także do jakości architektury i przestrzeni.

Długopole Zdrój - Dom Zdrojowy źródło: http://opole.fotopolska.eu/foto/511/511944.jpg
Źródło:

  • Balińska G., Uzdrowiska Dolnośląskie. Problemy rozwoju i ochrony wartości kulturowych do II wojny światowej, Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1991
  • Kaczmarska E., Uzdrowisko i jego przestrzeń społeczna. Wybrane zagadnienia przestrzenne polskich uzdrowisk karpackich w aspekcie integracji europejskiej, Zeszyt Naukowy nr 47, Politechnika Krakowska, Kraków 2002Mitkowska A., Siewniak M.,1998, Tezaurus sztuki ogrodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa
  • Krasiński Z., Rynek usług uzdrowiskowych w Polsce, Poznań 2001 
  • Krasiński Z., Cykle życia uzdrowisk, Kołobrzeg 2004,
  • Majdecki L., 1981, Historia ogrodów, PWN, Warszawa, 
  • Ostrowicz A., Landek w hrabstwie Kłockiem w Szląsku. Podręcznik informacyjny dla gości kąpielowych, Poznań 1881
  • Węcławowicz - Bilska E., Historyczne założenia zdrojowisk w kształtowaniu współczesnych ośrodków balneologicznych w Polsce, Politechnika Krakowska, Kraków 1990
  • Wojtaszek T., Leczenie uzdrowiskowe,[na:]www.wodadlazdrowia.pl/pl/9033/0/Uzdrowiska.html
  • Wojtaszek T., Historia uzdrowisk krakowskich, Krakowskie Studia Małopolskie, Nr 5/2001, passim; 
  • http://www.national-geographic.pl/historia/nieczysta-troska-o-higiene
  • https://opolczykpl.wordpress.com/2012/02/25/historia-slowianskiej-lazni/
 
Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.1

Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.1

Kąpiele lecznicze i relaksacyjne znane są ludzkości niemal od początku jej istnienia, a prozdrowotne właściwości wód utożsamiane są nawet ze starożytnym mitem o „źródle wiecznej młodości” (czytaj tutaj).  Grecy i Rzymianie rozwinęli sztukę korzystania z kąpieli niemal do perfekcji. Wspaniałe założenia termalne do dziś zachwycają i rozbudzają wyobraźnie, a niejednokrotnie stanowią nawet inspirację dla współczesnych luksusowych kąpielisk i zdrojowisk. To wiemy wszyscy! Warto jednak przyjrzeć się higienie ludzi w innych częściach Europy, a także zapytać o historię kąpieli po upadku Cesarstwa Rzymskiego…

Słowianie i Skandynawowie - czyli poza murami Cesarstwa


Narody słowiańskie i skandynawskie nie wykształciły żadnych znaczących układów przestrzennych związanych z higieną osobistą lub kąpielami leczniczymi. Nie znaczy to jednak, że w kulturze tych społeczeństw takie funkcje nie występowały. Na terenach zamieszkiwanych przez Słowian najbardziej rozpowszechnione były niewielkie „łaźnie”, czyli rodzaj ziemianek lub drewnianych obiektów zagłębionych w ziemi, o maksymalnej powierzchni do 25 m2. Wewnątrz znajdował się piec, który rozgrzewano a następnie polewano wodą. Kąpiel odbywała się zatem w parze wodnej. (Właściwości tych kąpieli opisywali m. in. znani kronikarze Ibrahim Ibn Jakub oraz Gall Anonim). Pewną odmianą łaźni była również tzw. „bania”, którą lokalizowano w pobliżu cieków wodnych, po to by bezpośrednio po kąpieli parowej można było wskoczyć do zimnej wody. Miało to na celu hartowanie organizmu.
Pobyty w bani wiązały się także z piciem gorących ziołowych herbat z miodem i różnymi pro-zdrowotnymi dodatkami. Pewnym specyficznym rytuałem było także „oklepywanie” ciała, czy też „chłostanie” cienkimi brzozowymi (najczęściej) witkami, co miało poprawić krążenie i dodatkowo oczyścić organizm. Taka wersji „bani” do dziś istnieje i jest szczególnie popularna w śród ludów Syberii.

Rosyjska Wenus Boris Michailowitsch Kustodijew https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/40/Kustodiev_russian_venus.jpg/778px-Kustodiev_russian_venus.jpg

Warto wspomnieć, że „łaźnie” pełniły nie tylko funkcje higieniczne, ale były także miejscem spotkań. Ponadto, przypisywano im pewne znaczenie symboliczne i rytualne. Zgodnie z ówczesnymi wierzeniami wizyta w łaźni prowadziła do przemiany człowieka. W jednym miejscu dochodziło bowiem do połączenia wszystkich żywiołów: powietrza, ognia, wody i ziemi. Dzięki temu,  człowiek przyswajał sobie siłę i moc tych żywiołów i jak wierzono, rodził się na nowo.

Rytualny charakter łaźni związany był także z aktem oczyszczenia i przebaczenia, zwłaszcza w odniesieniu do osób, które zostały ułaskawione przez króla. Obmycie  było symbolicznym wymazaniem win. Według przekazu Galla Anonima Bolesław Chrobry przyjmował w łaźni ułaskawionych od kary śmierci. Oczywiście dotyczyło to osób wysoko urodzonych. (W Gnieźnie odkopano szczątki łaźni z czasów Chrobrego – wybudowanej z bierwion na powierzchni ziemi, z podłogą wyłożoną płaskimi kamieniami, na których w jednym kącie rozpalano ogień. W Gdańsku w pobliżu łaźni z połowy XI w. znaleziono nawet pęki brzozowych witek, którymi uderzano się w czasie kąpieli).

W krajach Europy północnej oraz Skandynawii wykształcił się zwyczaj korzystania z „sauny”. Była to forma "kąpieli" analogiczna do "bani". Pobyt w saunie, z upodobaniem stosowany do dziś (zarówno sauny suche jak i mokre) oczyszcza ciało z toksyn, rozgrzewa, poprawia krążenie i wspaniale wpływa na układ immunologiczny (czyli odporność), zwłaszcza jeśli po wizycie w saunie zdecydujemy się na chłodną kąpiel. Ciekawostką jest, że w krajach Skandynawskich niemal każdy dom posiada indywidualną saunę, z której korzystają domownicy.

Średniowiecze - kąpiel od święta


W średniowieczu, po okresie wędrówek ludów, nastąpiło pewnego rodzaju "odrodzenie" funkcji zdrojowej, która przeżywała wyraźny kryzys po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Ustanawiano nawet specjalne przywileje dla zakładania "łaźni miejskich", które stały się równie ważne jak kościół, przy czym prawo do zakładanie łaźni posiadały głównie zakony. W roku 1292 w Paryżu było aż 26 takich obiektów! Powstawały nawet specjalne cechy "łazienników" opłacane z kasy miejskiej. Pewną ciekawostką jest, że w początkowym okresie zakonnicy zaszczepiali na terenie Europy tradycje zaczerpnięte z krajów śródziemnomorskich, w tym zakładów przyrodoleczniczych i rzymskich zespołów termalnych. Opiekę nad szpitalami i źródłami wód leczniczych sprawował przede wszystkim zakon Joannitów (na terenie ziem polskich, taki zespół funkcjonował przypuszczalnie w Cieplicach). Znane są także kąpieliska w Budapeszcie.

Średniowieczni Europejczycy nie stronili zatem wcale od kąpieli, choć czyści raczej nie byli. Św. Tomasz z Akwinu zalecał na przykład stosowanie w kościele kadzideł, by tłumiły fetor, który mógł wzbudzać odrazę. Zabiegi higieniczne ograniczały się bowiem głównie do mycia twarzy i rąk. Pełną kąpiel fundowano sobie zwykle "od święta" - czyli średnio 3 razy do roku. Nieco lepiej na tym tle wypadało rycerstwo.  W XV w. szlachetnie urodzeni panowie kazali sobie „sprowadzać kąpiel”. Bywała ona atrakcją przyjęć, takich jak np. u  księcia Burgundii Filipa Dobrego: Diuk podjął obiadem wysłanników bogatego diuka Bawarii i hrabiego Wirtembergii i kazał sporządzić pięć potraw z mięsiwa, aby biesiadować w kąpieli.

Przez moment wydawało się, że po czasach higienicznego mroku, który na Europę sprowadzili barbarzyńcy, niedoceniający uroków kąpieli, nastąpi odrodzenie. Tym bardziej, że krzyżowcy wracający z Ziemi Świętej bardzo często nawykli byli do "saraceńskich" standardów higienicznych (jak się okazało, przeciętny europejski rycerz cuchnął w rozumieniu Saracenów, którzy niezwykle dbali o czystość). Światłem nadziei był także rozkwit (a raczej po-antyczne odrodzenie) medycyny.
Średniowieczna łaźnia publiczna za: http://encyklopedia.szczecin.pl/wiki/Plik:Badstauen.jpg
Do popularyzacji wiedzy przyczynił się ponadto druk. Można przyjąć, że pierwszy polski traktat o wodolecznictwie powstał w 1522 roku, a jego autorem był Marcin z Miechowa. Za czasów Stanisława Batorego (1576-1586), jego nadworny lekarz, Wojciech Oczko, opisał leczenie zdrojowe w Cieplicach, Iwoniczu i kilku innych uzdrowiskach, publikując tym samym w 1578 roku pierwszą polską pracą o tematyce balneologicznej, zatytułowaną „Cieplice".

Kiedy woda stała się wrogiem? 

 

Ludzie odrodzenia, czerpiąc z wzorów antycznych zaczęli także łączyć kąpiele lecznicze z życiem towarzyskim. W XV i XVI wieku łaźnie stały się miejscem spotkań, odpoczynku, a nawet prowadzenia interesów i spożywania posiłków.  Panie i panowie zażywali kąpieli wspólnie. Bawiono się, biesiadowano... oddawano rozkoszom. Coraz bardziej nie podobało się to jednak Kościołowi. Coraz powszechniejsza była bowiem opinia, że w łaźniach uprawia się nierząd. Zdaniem Kościoła profesja łaziebnego stała się niegodna. W 1441 r. urzędnicy Awinionu zakazali nawet wchodzenia tam żonatym mężczyznom!

Czasy reformacji i kontrreformacji (XVI/XVII) przyniosły niemal całkowity upadek publicznych kąpielisk. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać należy głównie w transformacji światopoglądowej, zwłaszcza w bardzo  rygorystycznym pojmowaniu norm moralnych, a także w obawie przed epidemiami. O dziwo, ówcześni lekarze właśnie w ciepłej wodzie dostrzegli źródło "zła wszelkiego".

Zaklinam was, unikajcie łaźni i kąpielisk, w przeciwnym razie umrzecie! Takie dramatyczne apele głosili lekarze, którzy  właśnie w ciepłej wodzie zaczęli upatrywać zagrożenia dla zdrowia i życia. Wspólna kąpiel nagich ciał miała bowiem sprzyjać rozprzestrzenianiu się dżumy, której epidemie w tamtym czasie regularnie nawiedzały różne obszary Europy.Morowe powietrze wślizgiwać się miało przez otwarte pod wpływem ciepłej wody pory.

Kąpiel stała się synonimem zła. Była domeną niewiernych! Oznaczała odmienność i przychylność dla uciech doczesnych. Na procesach inkwizycji przeciw Żydom i Maurom za dowód w sprawie uznawano to, że oskarżeni znani są z zażywania kąpieli. Warto wspomnieć, że Hiszpańscy spowiednicy nie udzielali rozgrzeszenia kobietom, które kąpały się regularnie!!!
Źródło: http://poznanskiehistorie.blogspot.com/2012/02/o-poznanskich-azniach.html

O ironio! W czasach zarazy... gdy czarna śmierć zbierała śmiertelne żniwo... Europejczycy największego swojego wroga upatrywali.... w kąpieli.

 ...ciąg dalszy nastąpi...


Źródła:

  • Balińska G., Uzdrowiska Dolnośląskie. Problemy rozwoju i ochrony wartości kulturowych do II wojny światowej, Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1991
  • Kaczmarska E., Uzdrowisko i jego przestrzeń społeczna. Wybrane zagadnienia przestrzenne polskich uzdrowisk karpackich w aspekcie integracji europejskiej, Zeszyt Naukowy nr 47, Politechnika Krakowska, Kraków 2002Mitkowska A., Siewniak M.,1998, Tezaurus sztuki ogrodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa
  • Krasiński Z., Rynek usług uzdrowiskowych w Polsce, Poznań 2001 
  • Krasiński Z., Cykle życia uzdrowisk, Kołobrzeg 2004,
  • Majdecki L., 1981, Historia ogrodów, PWN, Warszawa, 
  • Ostrowicz A., Landek w hrabstwie Kłockiem w Szląsku. Podręcznik informacyjny dla gości kąpielowych, Poznań 1881
  • Węcławowicz - Bilska E., Historyczne założenia zdrojowisk w kształtowaniu współczesnych ośrodków balneologicznych w Polsce, Politechnika Krakowska, Kraków 1990
  • Wojtaszek T., Leczenie uzdrowiskowe,[na:]www.wodadlazdrowia.pl/pl/9033/0/Uzdrowiska.html
  • Wojtaszek T., Historia uzdrowisk krakowskich, Krakowskie Studia Małopolskie, Nr 5/2001, passim; 
  • http://www.national-geographic.pl/historia/nieczysta-troska-o-higiene
  • https://opolczykpl.wordpress.com/2012/02/25/historia-slowianskiej-lazni/

 

Baby wielkanocne na szlacheckim stole - czyli jak to dawniej bywało!

Baby wielkanocne na szlacheckim stole - czyli jak to dawniej bywało!

Staropolskie baby wielkanocne

Centralna Polska to kraina dworów i dworków rozsianych wśród okazałych parków i złotych łanów zbóż. Były to z reguły domy gwarne, pełne ludzi, zwierząt i wspaniałej kuchni!  Gotowanie było sztuką a jedzenie rytuałem i kwintesencją rodzinnych spotkań. Już na wiele dni przed Świętami Wielkiej Nocy w kuchniach i spiżarniach zaczynał się wzmożony ruch. Sprzątano, gotowano, przyprawiano, wybierano, warzono i pieczono... a wśród wypieków niezwykle ważne miejsce zajmowały baby! ..."podobne wieżom... zadziwiające ogromem, a jeszcze więcej lekkością" były  osobliwością i chlubą staropolskiej kuchni i rdzennie polskim specjałem! Baby pieczono w Polsce już w XVII wieku, wykorzystując do tego najwyższej jakości mąkę pszenną. Ciasto barwiono szafranem (często moczonym wcześniej w wódce), który nie tylko zabarwiał je na przepiękny, żółtawy kolor, ale także nadawał im oryginalny, lekko korzenny smak. W zależności od gatunku ciasta spotkać można było baby parzone i petynowe (inaczej zwane muślinowymi), baby migdałowe i z razowego chleba, baby trójkolorowe (z ciasta białego, różowego i ciemnego), baby puchowe i ukraińskie, polskie, podolskie, krakowskie, warszawskie i pospolite. Wszystkie jednak wymagały niezwykle precyzyjnego przygotowania i znacznych umiejętności kulinarnych. Wypiekano je w specjalnych formach - początkowo glinianych, a później miedzianych i blaszanych.
Staropolskie święcone (skomponował i rysował Polkowski, rytował Styli w Warszawie) za:tekst oryginalny
Pieczenie wielkanocnych bab było wielkim wydarzeniem. Przygotowania zaczynano zaraz po Niedzieli Palmowej: tarto cukier z głów, przebierano rodzynki, przygotowywano szafran, mielono migdały, tłuczono w moździerzach wanilię... były to prace żmudne i zajmujące wiele czasu, jednak niezbędne.  Pieczenie rozpoczynano w Wielki Piątek. Przesuszano i przesiewano mąkę, starannie oddzielano żółtka (które zdaniem dawnych gospodyń, powinny być bez zarodków). Żółtka, wstępnie rozbite przecedzano przez sita, a potem ubijano w maselnicy lub ucierano w makutrze. Miało to zagwarantować lekkość i pulchność ciasta.

Zawsze pilnowano tego, aby wszystkie składniki dodawane do ciasta były najpierw ogrzane! Podobnie jak formy, blachy i naczynia!! 


 Prawdziwa celebra, a nawet szczególne misterium zaczynało się jednak w chwili, gdy przygotowywano zaczyn z drożdży. Należało na przykład zamknąć i dokładnie uszczelnić drzwi, aby najmniejszy nawet podmuch wiatru nie ochłodził ciasta! Jak wiadomo, ciasto drożdżowe wymaga dokładnego wyrobienia. W dawnych kuchniach dworskich traktowano to bardzo poważnie - po dodaniu każdego składnika ubijano je przez pół godziny! Nie trudno sobie zatem wyobrazić, że pieczenie ciast mogło trwać cały dzień! Wyrobione i ubite ciasto przekładano do form i dbano, by się nie "przeziębiło" W tym celu okrywano je nagrzanymi lnianymi ściereczkami. Ten moment był szczególny. Oznaczał bowiem, że w domu musiała nastać cisza! Nie wolno było trzaskać drzwiami, rozmowy toczono już tylko szeptem, chodzono na palcach, poruszano się wolno i uważnie, by tylko nie narobić hałasu...  To był czas dla baby....

Przygotowane, wyrośnięte baby wkładano do pieca, oczywiście powoli i delikatnie, wystrzegając się najmniejszych nawet wstrząsów. Baby się piekły, a serca gospodyń drżały. Nastawał czas nerwowego wyczekiwania! Gdy nadchodził właściwy moment wyjmowano baby z pieca. Wymagało to nie lada wprawy! Nie wolno było szarpnąć, wstrząsnąć ani trącić. Dosłownie wstrzymywano oddech, aby tylko baby nie opadły! gdyby tak się stało... co za wstyd! i co za strata... Był to przecież jedn z najkosztowniejszych staropolskich wypieków! Na niektóre z bab zużywano kilkadziesiąt (nawet 80 !!!) żółtek. Takie ciasto było niezwykle delikatne, a przez to bardzo podatne na… „siadanie”, czyli prawdziwą kulinarną wielkanocną katastrofę, zmieniającą babę w placek... wyobraźcie sobie, że trzeba wszystko zaczynać od początku...


Wyjęte z pieca baby układano na puchowych poduszkach i pierzynach, obracając je delikatnie od czasu do czasu, tak by nie odleżały się boki i równomiernie stygły ze wszystkich stron. Nadal należało zachować ciszę, by hałas nie zaszkodził delikatnemu ciastu. Jarosław Iwaszkiewicz tak pisał o tej ceremonii: "Gdy wreszcie baby upiekły się, a siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym na palcach i mówić szeptem - następował dramatyczny moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło (…). W tym celu wprost z form baby przekładano na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je, jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło.  Niezapomniany był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata".

Baba z szafranem- przepis staropolski

2 szklanki żółtek, 
szklanka cukru, 
szklanka mleka,
 50 g drożdży, 
1 i 1/2 szklanki mąki, 
szklanka topionego masła, 
mała łyżeczka soli,
 kieliszek spirytusu,
 szczypta szafranu, 
1/2 laski wanilii, 
skórka otarta z cytryny

Namaczamy szafran w spirytusie i zostawiamy na noc. Ubijamy na parze żółtka z cukrem, aż zbieleją. Pół szklanki mąki mieszamy z łyżeczką cukru i rozdrobnionymi w mleku drożdżami. Do dobrze ubitych żółtek dodajemy mąkę, wanilię, sól i skórkę cytrynową. Mieszamy, łączymy z rozczynem i wyrabiamy około 60 minut, dodając w czasie wyrabiania szafran ze spirytusem. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Gdy ciasto urośnie, dodajemy sklarowane masło i wyrabiamy, aż składniki się połączą. Ciasto wkładamy do wysmarowanych masłem foremek (mniej więcej do 1/3 wysokości), zostawiamy w ciepłym miejscu. Gdy ciasto urośnie, wstawiamy na godzinę do gorącego pieca. Uwaga! Baba jest bardzo delikatna i łatwo opada, należy więc bardzo ostrożnie ją wkładać i wyjmować z piekarnika.

Babka korzenna

10 jajek
250 g cukru
250 g mąki
łyżeczka szafranu
kieliszek spirytusu
po 1/2 łyżeczki sproszkowanego cynamonu, utłuczonych goździków i gałki muszkatołowej

 Szafran namaczamy w spirytusie, zostawiamy na noc. Ubijamy na parze żółtka z cukrem, dodając stopniowo sproszkowane korzenie. Cały czas ubijając, dosypujemy mąkę, dodajemy szafran, a na końcu ubitą na sztywno pianę. Delikatnie mieszamy. Wlewamy masę do nasmarowanej masłem formy, wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy godzinę. Gdy ostygnie, lukrujemy.

Źródło: 
Hanna Szymanderska, Na polskim stole, Przepisy i tradycje szlacheckie, Świat Książki, Warszawa 2005, str. 166-167

Copyright © 2014 Pocztówki z Centrum , Blogger