Dwór w Bronowie - czyli gdzie mieszkała Maria Konopnicka

Dwór w Bronowie - czyli gdzie mieszkała Maria Konopnicka


Dworek w Bronowie wzniesiony przez Dzierzbickiego
Malownicze pola, łąki, lasy i bezdroża... sienkiewiczowski spokój, łany pszenicy, sielskość i anielskość rozciągająca się po horyzont... szlachecka polska wieś, wesoła i rubaszna. Tak kojarzy się Bronów, niewielka miejscowość w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Wartkowice.

Pierwsza wzmianka o Bronowie (Brunowo) pochodzi z 1391 roku. Dobra te należały do Bronowskich herbu Korab, a następnie do Kossów. Najbardziej majątek kojarzony jest jednak z Konopnickimi, a w szczególności z niezwykłą ikoną polskiej literatury Marią Konopnicką. Bronów trafił w ręce rodziny w 1844 roku, kiedy to nabył go Wawrzyniec Konopnicki herbu Jastrzębiec (późniejszy teść Marii) - za niebagatelną kwotę 161 333 złotych polskich. Był to ponoć człowiek wesoły, niezwykle rozrywkowy, raptowny i jowialny... zupełnie niemający głowy do interesów, co niestety przekazał w genach swojemu synowi Jarosławowi, czyli mężowi Marii.
Dworek w Bronowie - wejście główne

Nie wszyscy jednak wiedzą, że tzw. "dworek Marii Konopnickiej w Bronowie", o którym często czytamy w różnego rodzaju folderach turystycznych, i który stoi obecnie w bronowickim parku, to nie jest ten obiekt, w którym rzeczywiście zamieszkała młoda mężatka w 1862 roku, kiedy to wyszła za Jarosława Konopnickiego - swojego "wąsatego anioła" jak zwykła go nazywać w czasach, gdy kwitła młodzieńcza miłość, nie skalana jeszcze problemami dnia codziennego...

Relikty zabudowań folwarcznych
"Prawdziwy" dworek Konopnickiej przypominał bardziej wieśniaczą chatę niż dwór ziemiański. Był mały, niski i kryty strzechą. Prawdopodobnie posiadał niewielki ganek. Co ważne, w odróżnieniu od współczesnego dworku był drewniany - miał modrzewiowe, obrzucone tynkiem ściany i jedynie 4 małe okna, które wpuszczały do wnętrza niewiele światła. Okna te na noc zamykano jeszcze okiennicami z wyciętym serduszkiem. Dworek był ciasny. Mieścił zaledwie 5 pokoików, kredens, kuchnię i spiżarnię. Do domu wchodziło się przez sień (gdzie trzymano smycze dla chartów i torby borsucze). Po prawej stronie znajdował się salonik, który zdobiły  portrety Jana III Sobieskiego, Jana Kochanowskiego i księdza Kordeckiego, a ogrzewał go staroświecki kominek.  Z sieni na lewo wchodziło się do pokoju jadalnego, a dalej do sypialni należącej do Wawrzyńca Konopnickiego. Należy pamiętać, że w dworku, oprócz młodej pary i ich dzieci (ostatecznie sześciorga) oraz teścia mieszkało także młodsze rodzeństwo Jarosława. Nie były to zatem komfortowe warunki.
Relikty zabudowań folwarcznych

Majątek w Bronowie był duży, obejmował 40 włók, 11 morgów i 167 prętów. Oprócz Bronowa w jego skład wchodziły także wsie: Piotrów, Bronówek, Zalesie i Konopnica. Niestety całość była zadłużona i zrujnowana. Maria Konopnicka musiała przeżyć nie lada wstrząs i rozczarowanie, kiedy zrozumiała na jakie życie skazał ją jej "wąsaty anioł". Okazało się, że dom był zrujnowany. Na przyjazd młodej gospodyni, aby ukryć mankamenty ("przypudrować fasadę") otynkowano rozpadające się w ściany i zmurszałe belki. Prawdopodobnie, w budynku uginały  się nawet stropy.  Sama Konopnicka pisała ..."zapadał się tedy ów dworek stary, belka po belce (...) a pułap coraz to był niższy, coraz bardziej tłoczący..." (Niemczaki"). Tak oto Maria Konopnicka stała się Panią na Bronowie.
Tak mógł wyglądać dworek Konopnickich... - rysunek własny :)

Jarosław Konopnicki gospodarował swym majątkiem wesoło i niefrasobliwie. Kuligi, zabawy, polowania, kolejno po sobie następujące chrzciny (Maria urodziła 8 dzieci, z których przeżyło sześcioro) - stanowiły treść życia mieszkańców małego dworku. Jarosław lubił się ponadto procesować. Majątek się kurczył... rosły za to długi. Na dodatek trzeba było przygotować posagi dla sióstr i oddać bratu Eugeniuszowi majątek w Zalesiu. To nie mogło się dobrze skończyć...

I rzeczywiście - ten beztroski, hulaszczy tryb życia, niefrasobliwość i lekkomyślność doprowadziły rodzinę do bankructwa. Dla rzetelności należy dodać, że nie bez znaczenia były również represje popowstańcze czy reforma uwłaszczeniowa, które dodatkowo utrudniły sytuację finansową Konopnickich.

Niemniej jednak, w roku 1868 sytuacja była tak zła, że na mocy decyzji z dnia 4 lipca dobra Bronowa z przyległościami zajęte zostały na przymusową sprzedaż (choć akt sprzedaży sporządzono dopiero w 1873 r.).Majątek zlicytowano za śmieszną wówczas kwotę 51 975 rubli, co było ponoć równoważne z wartością samego lasu, wchodzącego w skład majątku.

W ten oto sposób Bronów wszedł w posiadanie postaci znanej z poprzedniego felietonu, niezwykle operatywnego właściciela Biernacic - Artura Dzierzbickiego (więcej TUTAJ). Nowy gospodarz, w roku 1902 rozebrał stary, modrzewiowy dworek i zbudował nowy, murowany z cegły przywiezionej z Uniejowa. Trudno dziś jednoznacznie przesądzić, gdzie znajdował się  pierwotny dworek. Niektórzy twierdzą, że dokładnie w miejscu istniejącego obiektu, który postawiono na starych fundamentach. Inni zaś mówią, że modrzewiowy dworek stał obok i usytuowany był pod kątem prostym do obecnego, bliżej zabudowań folwarcznych. Ostatecznie mogłyby o tym przesądzić jedynie badania archeologiczne. Pewne jest jednak, że dworek otoczony był bujną zielenią, którą Maria uwielbiała i która w dużej części przetrwała do dziś.

Budynek wzniesiony przez Dzierzbiskiego jest niewielki ale solidny.  W czasie II wojny światowej mieściła się tutaj siedziba niemiecka. Po wojnie popadł jednak w ruinę,  groziła mu nawet rozbiórka, (głównie za sprawą dekretów Manifetsu PKWN  - dwór stanowił bowiem symbol obalonego systemy i powinien zniknąć z krajobrazu polskich wsi!). Na szczęście utworzono tu szkołę, a 14.05.1960 roku, z inicjatywy Haliny Sławińskiej, zainicjowano w ganku "kącik pamięci" poświęcony Marii Konopnickiej, wmurowano pamiątkową tablicę i otwarto szlak rajdu pieszego Bronów - Poddębice (poetka lubiła bardzo spędzać czas w poddębickim parku). Bronowickiej szkole nadano oczywiście imię Marii Konopnickiej.

Niestety, dwór ponownie popadał w ruinę. Dopiero dzięki wstawiennictwu Zarządu Głównego Towarzystwa im. Marii Konopnickiej u władz województwa, w 1980 roku rozpoczęto kompleksowy remont i renowację obiektu. Sama pamiętam jeszcze szkolny biwak i nocleg w śpiworach, na podłodze bronowskiego dworku...

W dniu 1 września 1995 roku w budynku działalność rozpoczęło Muzeum Oświatowe im. Marii Konopnickiej, założone przez sieradzką filię Wojewódzkiej Biblioteki Pedagogicznej w Łodzi. Dziś  prezentowane są tu stare dokumenty, fotografie, rękopisy i książki poetki, jak również meble i sprzęty. W jednym z pomieszczeń oglądać można stare podręczniki, zeszyty i pomoce szkolne. Organizowane są tu wystawy czasowe związane z życiem i twórczością Marii Konopnickiej, często wystawiane są także prace dzieci.

Co się stało z Marią Konopnicką po opuszczeniu przez nią Bronowa... i co tak naprawdę wiemy o tej niezwykłej  postaci? Już dziś zapraszamy do lektury kolejnego felietonu poświęconego niejasnej i skomplikowanej historii życia jednej z największych polskich poetek -czytajTutaj
Płyta pamiątkowa poświęcona Marii Konopnickiej
Dworek od strony parku

Kamień i płyta poświęcone Marii Konopnickiej

Popadające w ruinę relikty zabudowań folwarcznych - grożą zawalenie

Folwark - spojrzenie romantyczne

Dworek - spojrzenie romantyczne
Redaktor Józef Naimski,  opis dworku w „Kurierze Warszawskim”: „(…) Kiedy minąwszy mostek stanęliśmy u podjazdu folwarcznego (…) ujrzałem śród drzew niski domek o dużej i wysokiej strzesze słomianej, chatę raczej wieśniaczą niż dworem pańskim będący. Na niskich ścianach trzymał się jeszcze tynk, którym je obrzucono, niedawno zapewne, gwoli wzmocnienia rozpadających się bierwion i desek. Cztery małe okienka, o sześciu szybkach każde, z frontu dworu ujmowały proste drewniane okiennice z wyciętymi u góry sercami. Pośrodku tych okien, jak całe domostwo, drzwi podwójne, sięgające prawie dachu, prowadziły do niewielkiej sieni. Wnętrze domku pp. Konopnickich mieściło pięć pokojów, kredens i kuchnię oraz spiżarnię, dwie ostatnie izby gospodarskie wychodzące na drugą sień od tyłu domu, gdzie tuż zaczynał się ogród dworski. Z sieni na prawo wchodziło się do saloniku, na lewo zaś do pokoju jadalnego, a za nim do sypialnego ojca p. Konopnickiego, sędziwego i zamaszystego p. Wawrzyńca. Z saloniku dwa okna wychodziły na klomb ślicznych, rosłych, starych jesionów, do dziś dnia doskonale zachowanych, które ocieniały również trzecie okno szczytowe, mniejsze, sąsiedniego maleńkiego pokoju Marii Konopnickiej, w którym podobno lubiła przebywać najdłużej (…)"


Dane dotyczące obiektu: 
  • dwór murowany z 1902 r., wł. Skarb Państwa – obiekt zabytkowy  nr rej. 314/A, nr dec. Kl IX-680529/67
  • rządcówka - obecnie dom, murowana z 1934 roku
  • czworak murowany z lat 20-tych XXw.
  • stajnia murowana z lat 20-tych XX w.
  • stodoły murowane z lat 20-tych XX w.
  • park dworski z przełomu XIX/XX o powierzchni 7,60 - obiekt zabytkowy 420/A, nr dec. Ps 02.01.53, 47/34/98


Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.2

Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.2

Krynica Zdrój - zdjęcie własne

...część 2: Narodziny uzdrowisk (część 1 - tutaj)


Strach przed ciepłą wodą trwał nieprzerwanie aż do końca XVII wieku. Nie dało się jednak całkowicie zrezygnować z higieny. Wprowadzono zatem pewien zamiennik... powiedzmy, że substytut czyli "suchą toaletę". Aby zapobiec odorowi spod pach, które cuchną capem, należy dotykać skóry i nacierać ją gałkami różanymi – czytamy w XVI-wiecznym poradniku. Z kolei higienista Jean du Chesne pisał w XVII w.: Po wypróżnieniu trzeba przede wszystkim uczesać się i natrzeć sobie głowę, a to zawsze od przodu ku tyłowi, czyścić szyję stosownymi szmatkami czy gąbkami, i to tak długo, aż głowa cała będzie oczyszczona z wszelkiego brudu; w czasie tego nacierania głowy można się nawet przechadzać, aby nogi i ręce rozruszały się nieco. Przykre zapachy niemytych ciał tłumiono perfumami (oryginalny tekst)

Jak można się spodziewać, efekt był mizerny. Brud, smród... i nie koniecznie ubóstwo, bo nie myto się nawet wśród arystokracji. Poziom higieny był dramatyczny. Ludzi nękały plagi wszy, pcheł i wszelkiej inne maści robactwa. Powstał nawet specjalny zawód "iskaczki"... wszyscy chyba wiemy, czym się zajmowały owe, niezwykle potrzebne niewiasty.
Co ciekawe, podobno na początku XVII na terenach dzisiejszej Rosji łaźnie (czyli tamtejsze banie) miały się w najlepsze . Jak pisał niemiecki uczony Adamus Alearius: „W Rosji nie ma takiego miasta ani wsi gdzie nie byłoby parowej łaźni. Rosjanie są w stanie znosić niezwykły żar. Witki na półkach łaźni pozwalają chłostać rozgrzane ciało tymi brzozowymi miotłami. Zimą, wyskoczywszy z bani kładą się na śniegu, nacierają nim ciało, a potem znowu wchodzą do gorącej bani. Tak diametralna zmiana działań okazuje się sprzyjać ich zdrowiu i urodzie” (czytaj)

Dopiero rozwój nauki, która jednoznacznie powiązała higienę osobistą ze stanem zdrowia oraz tężyzną fizyczną przyczynił się do zmiany nawyków kąpielowych.  Kluczowe okazały się podstawy mikrobiologii stworzone przez Ludwika Pasteura! Okazało się, żyjące na skórze chorobotwórcze mikroby trzeba usunąć  - najlepiej poprzez kąpiel! Woda wraca do łask!
Nie brakuje także odkryć na ziemiach słowiańskich. W Polsce w  roku 1617 Erazm Sykst wydał dzieło "Cieplice w Szkle", w 1630 Jan Sechnicki napisał "Cezurę o wodzie iwonickiej", a w 1776 Jakub Moneta, przyboczny lekarz króla Stanisława Augusta, opublikował dzieło o leczeniu zimną wodą górnych dróg oddechowych.

Jednak tradycje wodolecznicze ponownie natrafiły na podatny grunt dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Nastąpiło nie tylko odrodzenie istniejących uzdrowisk, ale także gwałtowny rozwój nowych ośrodków. W zdrojowiskach i kąpieliskach leczono niemal wszystkie dolegliwości.
Tym samym wodolecznictwo stało się ważnym elementem opieki zdrowotnej, choć początkowo wśród lekarzy panowała raczej głęboka wiara w uzdrawiającą moc natury, niż wiedza poparta naukowymi dowodami. Dopiero w XIX wieku przeprowadzone zostały dokładne badania wód mineralnych, co w sposób bezpośredni związane było z rozwojem nauk przyrodniczych. Bardzo ważnym opracowaniem, dotyczącym polskiego zdrojownictwa było dzieło Józefa Dietla (1804-1878) o Krynicy, Szczawnicy i Iwoniczu. Warto także dodać, że w II połowie XIX wieku dwaj lekarze: Alfred Sokołowski na Dolnym Śląsku i Tytus Chałubiński w Tatrach zapoczątkowali leczenie klimatyczne, stosując je na szeroką skalę w walce z gruźlicą.

W XIX wiek kurorty w dużej mierze wkroczyły z drewnianymi izdebkami pozbawionymi wygód, kabiny przyrodolecznicze nie posiadały bieżącej wody i ogrzewania, a całość miała zdecydowanie sezonowy charakter. 

Dopiero z czasem, pod wpływem niesłabnącego zainteresowania, rozpoczął się wzmożony ruch inwestycyjny, tak aby standard oferty dopasować do oczekiwań głównych odbiorców. W uzdrowiska inwestowali lekarze, przemysłowcy, ale także kupcy i właściciele ziemscy. Warto wspomnieć chociażby rodzinę Załuskich, która rozbudowała zdrojowisko w Iwoniczu czy Stanisława Staszica inwestującego w Ciechocinku. Naturalnym procesem było także zakładanie nowych uzdrowisk. Rozwój, a zwłaszcza sukces finansowy jednego miejsca, wzbudzał zainteresowanie kolejnych inwestorów w sąsiedztwie rozwijającego się ośrodka. Przykładem jest chociażby Rymanów założony w 1880 roku przez Potockich, zaledwie kilka kilometrów od funkcjonującego w pobliżu i cieszącego się coraz większą popularnością uzdrowiska w Iwoniczu.
Podstawowym zadaniem XIX-wiecznych uzdrowisk była poprawa stanu zdrowia i ogólnego samopoczucia. Jednak opierając się na opisach zawartych w przewodniku Aleksandra Ostrowicza po lądeckim kurorcie można śmiało stwierdzić, że pod względem funkcjonalnym miejscowość uzdrowiskowa musiała zaspokajać bardzo szeroki wachlarz potrzeb i oczekiwań. Niewątpliwie zabiegi medyczne odgrywały znaczącą rolę w pobytach uzdrowiskowych i dokładano wszelkich starań, aby przynieść chorym ulgę w różnych dolegliwościach, ale uzdrowisko było również miejscem towarzyskich spotkań.
źródło: https://www.pb.pl/najlepsze-uzdrowisko-ii-rp-797248Dodaj napis
 Jak podaje Aleksander Ostrowicz: „(…) w basenie robiono znajomości, bawiono się, śmiano i dowcipkowano, aranżowano zabawy na przyszłą niedzielę lub święto (…) Zdarzało się często, że towarzystwo fetowało w kąpieli; czołenko ku temu celowi zbudowane, w świeże przystrojone kwiaty, zjawiało się naraz zwolna posuwane, prezentowało kawę, czekoladę i ciasta. (…) kąpano się w kostiumach; w wymyślaniu i stwarzaniu tychże szczególniej przesadzały się damy, tak, że podobno kostiumy takie więcej zbliżały się podobieństwem do toalet balowych, niż do skromnych kąpielowych ubrań.”

W uzdrowiskach wznoszono łazienki, zakłady przyrodolecznicze, pijalnie wód, hale spacerowe, inhalatoria, pijalnie mleka, a nawet lecznice dla zwierząt. Ponadto realizowano domy zdrojowe, a także teatry, oranżerie, palmiarnie, cukiernie, kawiarnie, biblioteki, czytelnie i muszle koncertowe. Uzupełnieniem była infrastruktura pobytowa: hotele, zajazdy, gospody, restauracje, budynki handlowe, apteki, pralnie, kotłownie, rozlewnie wód, wytwórnie naczyń do wody i kioski meteorologiczne.
Dom Zdrojowy w Lądku Zdroju źródło: http://dolny-slask.org.pl/3621459,foto.htmlDodaj napis

Kursalony czyli Domy Zdrojowe bywały wyposażone w sale balowe, kawiarnie, stoły bilardowe, fortepiany przeznaczone dla gości, a także sale do gry w karty, w domino, szachy, posiadały czytelnie i wypożyczalnie książek. Podczas spacerów po parkach kuracjuszom towarzyszyły orkiestry zdrojowe, złożone często z kilkudziesięciu muzyków. Na Dolnym Śląsku dbano, aby piekarnie wiedeńskie dostarczały ciast, bułek, karlsbadzkich rogalików i lodów. Na terenie uzdrowisk znajdowały się sklepy galanteryjne, luksusowe, bławatne i inne. Pracowały modniarki, szwaczki, praczki, szewcy, krawcy, działała poczta i urząd telegraficzny, a to wszystko w otoczeniu parków i lasów, w których wyznaczano ścieżki spacerowe, wyposażone w infrastrukturę wypoczynkową. Zapewniano także możliwość wyjazdu na bliższe i dalsze wycieczki do sąsiednich miejscowości w celu uprawiania turystyki krajoznawczej. Wszystko w kurorcie, począwszy od układu przestrzennego, kompozycji zieleni, organizacji ścieżek spacerowych przez architekturę, a na rozmaitych ofertach funkcjonalnych skończywszy miało przede wszystkim służyć wypoczynkowi i rozrywce. Suma tych zjawisk pozwala wysnuć wniosek, że XIX - wieczne uzdrowisko było rodzajem turystycznego przedsiębiorstwa, w którym wielką wagę przywiązywano do różnorodności oferty, a także do jakości architektury i przestrzeni.

Długopole Zdrój - Dom Zdrojowy źródło: http://opole.fotopolska.eu/foto/511/511944.jpg
Źródło:

  • Balińska G., Uzdrowiska Dolnośląskie. Problemy rozwoju i ochrony wartości kulturowych do II wojny światowej, Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1991
  • Kaczmarska E., Uzdrowisko i jego przestrzeń społeczna. Wybrane zagadnienia przestrzenne polskich uzdrowisk karpackich w aspekcie integracji europejskiej, Zeszyt Naukowy nr 47, Politechnika Krakowska, Kraków 2002Mitkowska A., Siewniak M.,1998, Tezaurus sztuki ogrodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa
  • Krasiński Z., Rynek usług uzdrowiskowych w Polsce, Poznań 2001 
  • Krasiński Z., Cykle życia uzdrowisk, Kołobrzeg 2004,
  • Majdecki L., 1981, Historia ogrodów, PWN, Warszawa, 
  • Ostrowicz A., Landek w hrabstwie Kłockiem w Szląsku. Podręcznik informacyjny dla gości kąpielowych, Poznań 1881
  • Węcławowicz - Bilska E., Historyczne założenia zdrojowisk w kształtowaniu współczesnych ośrodków balneologicznych w Polsce, Politechnika Krakowska, Kraków 1990
  • Wojtaszek T., Leczenie uzdrowiskowe,[na:]www.wodadlazdrowia.pl/pl/9033/0/Uzdrowiska.html
  • Wojtaszek T., Historia uzdrowisk krakowskich, Krakowskie Studia Małopolskie, Nr 5/2001, passim; 
  • http://www.national-geographic.pl/historia/nieczysta-troska-o-higiene
  • https://opolczykpl.wordpress.com/2012/02/25/historia-slowianskiej-lazni/
 
Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.1

Częste mycie skraca życie, czyli dlaczego Europejczycy przestali się myć... cz.1

Kąpiele lecznicze i relaksacyjne znane są ludzkości niemal od początku jej istnienia, a prozdrowotne właściwości wód utożsamiane są nawet ze starożytnym mitem o „źródle wiecznej młodości” (czytaj tutaj).  Grecy i Rzymianie rozwinęli sztukę korzystania z kąpieli niemal do perfekcji. Wspaniałe założenia termalne do dziś zachwycają i rozbudzają wyobraźnie, a niejednokrotnie stanowią nawet inspirację dla współczesnych luksusowych kąpielisk i zdrojowisk. To wiemy wszyscy! Warto jednak przyjrzeć się higienie ludzi w innych częściach Europy, a także zapytać o historię kąpieli po upadku Cesarstwa Rzymskiego…

Słowianie i Skandynawowie - czyli poza murami Cesarstwa


Narody słowiańskie i skandynawskie nie wykształciły żadnych znaczących układów przestrzennych związanych z higieną osobistą lub kąpielami leczniczymi. Nie znaczy to jednak, że w kulturze tych społeczeństw takie funkcje nie występowały. Na terenach zamieszkiwanych przez Słowian najbardziej rozpowszechnione były niewielkie „łaźnie”, czyli rodzaj ziemianek lub drewnianych obiektów zagłębionych w ziemi, o maksymalnej powierzchni do 25 m2. Wewnątrz znajdował się piec, który rozgrzewano a następnie polewano wodą. Kąpiel odbywała się zatem w parze wodnej. (Właściwości tych kąpieli opisywali m. in. znani kronikarze Ibrahim Ibn Jakub oraz Gall Anonim). Pewną odmianą łaźni była również tzw. „bania”, którą lokalizowano w pobliżu cieków wodnych, po to by bezpośrednio po kąpieli parowej można było wskoczyć do zimnej wody. Miało to na celu hartowanie organizmu.
Pobyty w bani wiązały się także z piciem gorących ziołowych herbat z miodem i różnymi pro-zdrowotnymi dodatkami. Pewnym specyficznym rytuałem było także „oklepywanie” ciała, czy też „chłostanie” cienkimi brzozowymi (najczęściej) witkami, co miało poprawić krążenie i dodatkowo oczyścić organizm. Taka wersji „bani” do dziś istnieje i jest szczególnie popularna w śród ludów Syberii.

Rosyjska Wenus Boris Michailowitsch Kustodijew https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/40/Kustodiev_russian_venus.jpg/778px-Kustodiev_russian_venus.jpg

Warto wspomnieć, że „łaźnie” pełniły nie tylko funkcje higieniczne, ale były także miejscem spotkań. Ponadto, przypisywano im pewne znaczenie symboliczne i rytualne. Zgodnie z ówczesnymi wierzeniami wizyta w łaźni prowadziła do przemiany człowieka. W jednym miejscu dochodziło bowiem do połączenia wszystkich żywiołów: powietrza, ognia, wody i ziemi. Dzięki temu,  człowiek przyswajał sobie siłę i moc tych żywiołów i jak wierzono, rodził się na nowo.

Rytualny charakter łaźni związany był także z aktem oczyszczenia i przebaczenia, zwłaszcza w odniesieniu do osób, które zostały ułaskawione przez króla. Obmycie  było symbolicznym wymazaniem win. Według przekazu Galla Anonima Bolesław Chrobry przyjmował w łaźni ułaskawionych od kary śmierci. Oczywiście dotyczyło to osób wysoko urodzonych. (W Gnieźnie odkopano szczątki łaźni z czasów Chrobrego – wybudowanej z bierwion na powierzchni ziemi, z podłogą wyłożoną płaskimi kamieniami, na których w jednym kącie rozpalano ogień. W Gdańsku w pobliżu łaźni z połowy XI w. znaleziono nawet pęki brzozowych witek, którymi uderzano się w czasie kąpieli).

W krajach Europy północnej oraz Skandynawii wykształcił się zwyczaj korzystania z „sauny”. Była to forma "kąpieli" analogiczna do "bani". Pobyt w saunie, z upodobaniem stosowany do dziś (zarówno sauny suche jak i mokre) oczyszcza ciało z toksyn, rozgrzewa, poprawia krążenie i wspaniale wpływa na układ immunologiczny (czyli odporność), zwłaszcza jeśli po wizycie w saunie zdecydujemy się na chłodną kąpiel. Ciekawostką jest, że w krajach Skandynawskich niemal każdy dom posiada indywidualną saunę, z której korzystają domownicy.

Średniowiecze - kąpiel od święta


W średniowieczu, po okresie wędrówek ludów, nastąpiło pewnego rodzaju "odrodzenie" funkcji zdrojowej, która przeżywała wyraźny kryzys po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Ustanawiano nawet specjalne przywileje dla zakładania "łaźni miejskich", które stały się równie ważne jak kościół, przy czym prawo do zakładanie łaźni posiadały głównie zakony. W roku 1292 w Paryżu było aż 26 takich obiektów! Powstawały nawet specjalne cechy "łazienników" opłacane z kasy miejskiej. Pewną ciekawostką jest, że w początkowym okresie zakonnicy zaszczepiali na terenie Europy tradycje zaczerpnięte z krajów śródziemnomorskich, w tym zakładów przyrodoleczniczych i rzymskich zespołów termalnych. Opiekę nad szpitalami i źródłami wód leczniczych sprawował przede wszystkim zakon Joannitów (na terenie ziem polskich, taki zespół funkcjonował przypuszczalnie w Cieplicach). Znane są także kąpieliska w Budapeszcie.

Średniowieczni Europejczycy nie stronili zatem wcale od kąpieli, choć czyści raczej nie byli. Św. Tomasz z Akwinu zalecał na przykład stosowanie w kościele kadzideł, by tłumiły fetor, który mógł wzbudzać odrazę. Zabiegi higieniczne ograniczały się bowiem głównie do mycia twarzy i rąk. Pełną kąpiel fundowano sobie zwykle "od święta" - czyli średnio 3 razy do roku. Nieco lepiej na tym tle wypadało rycerstwo.  W XV w. szlachetnie urodzeni panowie kazali sobie „sprowadzać kąpiel”. Bywała ona atrakcją przyjęć, takich jak np. u  księcia Burgundii Filipa Dobrego: Diuk podjął obiadem wysłanników bogatego diuka Bawarii i hrabiego Wirtembergii i kazał sporządzić pięć potraw z mięsiwa, aby biesiadować w kąpieli.

Przez moment wydawało się, że po czasach higienicznego mroku, który na Europę sprowadzili barbarzyńcy, niedoceniający uroków kąpieli, nastąpi odrodzenie. Tym bardziej, że krzyżowcy wracający z Ziemi Świętej bardzo często nawykli byli do "saraceńskich" standardów higienicznych (jak się okazało, przeciętny europejski rycerz cuchnął w rozumieniu Saracenów, którzy niezwykle dbali o czystość). Światłem nadziei był także rozkwit (a raczej po-antyczne odrodzenie) medycyny.
Średniowieczna łaźnia publiczna za: http://encyklopedia.szczecin.pl/wiki/Plik:Badstauen.jpg
Do popularyzacji wiedzy przyczynił się ponadto druk. Można przyjąć, że pierwszy polski traktat o wodolecznictwie powstał w 1522 roku, a jego autorem był Marcin z Miechowa. Za czasów Stanisława Batorego (1576-1586), jego nadworny lekarz, Wojciech Oczko, opisał leczenie zdrojowe w Cieplicach, Iwoniczu i kilku innych uzdrowiskach, publikując tym samym w 1578 roku pierwszą polską pracą o tematyce balneologicznej, zatytułowaną „Cieplice".

Kiedy woda stała się wrogiem? 

 

Ludzie odrodzenia, czerpiąc z wzorów antycznych zaczęli także łączyć kąpiele lecznicze z życiem towarzyskim. W XV i XVI wieku łaźnie stały się miejscem spotkań, odpoczynku, a nawet prowadzenia interesów i spożywania posiłków.  Panie i panowie zażywali kąpieli wspólnie. Bawiono się, biesiadowano... oddawano rozkoszom. Coraz bardziej nie podobało się to jednak Kościołowi. Coraz powszechniejsza była bowiem opinia, że w łaźniach uprawia się nierząd. Zdaniem Kościoła profesja łaziebnego stała się niegodna. W 1441 r. urzędnicy Awinionu zakazali nawet wchodzenia tam żonatym mężczyznom!

Czasy reformacji i kontrreformacji (XVI/XVII) przyniosły niemal całkowity upadek publicznych kąpielisk. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać należy głównie w transformacji światopoglądowej, zwłaszcza w bardzo  rygorystycznym pojmowaniu norm moralnych, a także w obawie przed epidemiami. O dziwo, ówcześni lekarze właśnie w ciepłej wodzie dostrzegli źródło "zła wszelkiego".

Zaklinam was, unikajcie łaźni i kąpielisk, w przeciwnym razie umrzecie! Takie dramatyczne apele głosili lekarze, którzy  właśnie w ciepłej wodzie zaczęli upatrywać zagrożenia dla zdrowia i życia. Wspólna kąpiel nagich ciał miała bowiem sprzyjać rozprzestrzenianiu się dżumy, której epidemie w tamtym czasie regularnie nawiedzały różne obszary Europy.Morowe powietrze wślizgiwać się miało przez otwarte pod wpływem ciepłej wody pory.

Kąpiel stała się synonimem zła. Była domeną niewiernych! Oznaczała odmienność i przychylność dla uciech doczesnych. Na procesach inkwizycji przeciw Żydom i Maurom za dowód w sprawie uznawano to, że oskarżeni znani są z zażywania kąpieli. Warto wspomnieć, że Hiszpańscy spowiednicy nie udzielali rozgrzeszenia kobietom, które kąpały się regularnie!!!
Źródło: http://poznanskiehistorie.blogspot.com/2012/02/o-poznanskich-azniach.html

O ironio! W czasach zarazy... gdy czarna śmierć zbierała śmiertelne żniwo... Europejczycy największego swojego wroga upatrywali.... w kąpieli.

 ...ciąg dalszy nastąpi...


Źródła:

  • Balińska G., Uzdrowiska Dolnośląskie. Problemy rozwoju i ochrony wartości kulturowych do II wojny światowej, Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1991
  • Kaczmarska E., Uzdrowisko i jego przestrzeń społeczna. Wybrane zagadnienia przestrzenne polskich uzdrowisk karpackich w aspekcie integracji europejskiej, Zeszyt Naukowy nr 47, Politechnika Krakowska, Kraków 2002Mitkowska A., Siewniak M.,1998, Tezaurus sztuki ogrodowej, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa
  • Krasiński Z., Rynek usług uzdrowiskowych w Polsce, Poznań 2001 
  • Krasiński Z., Cykle życia uzdrowisk, Kołobrzeg 2004,
  • Majdecki L., 1981, Historia ogrodów, PWN, Warszawa, 
  • Ostrowicz A., Landek w hrabstwie Kłockiem w Szląsku. Podręcznik informacyjny dla gości kąpielowych, Poznań 1881
  • Węcławowicz - Bilska E., Historyczne założenia zdrojowisk w kształtowaniu współczesnych ośrodków balneologicznych w Polsce, Politechnika Krakowska, Kraków 1990
  • Wojtaszek T., Leczenie uzdrowiskowe,[na:]www.wodadlazdrowia.pl/pl/9033/0/Uzdrowiska.html
  • Wojtaszek T., Historia uzdrowisk krakowskich, Krakowskie Studia Małopolskie, Nr 5/2001, passim; 
  • http://www.national-geographic.pl/historia/nieczysta-troska-o-higiene
  • https://opolczykpl.wordpress.com/2012/02/25/historia-slowianskiej-lazni/

 

Baby wielkanocne na szlacheckim stole - czyli jak to dawniej bywało!

Baby wielkanocne na szlacheckim stole - czyli jak to dawniej bywało!

Staropolskie baby wielkanocne

Centralna Polska to kraina dworów i dworków rozsianych wśród okazałych parków i złotych łanów zbóż. Były to z reguły domy gwarne, pełne ludzi, zwierząt i wspaniałej kuchni!  Gotowanie było sztuką a jedzenie rytuałem i kwintesencją rodzinnych spotkań. Już na wiele dni przed Świętami Wielkiej Nocy w kuchniach i spiżarniach zaczynał się wzmożony ruch. Sprzątano, gotowano, przyprawiano, wybierano, warzono i pieczono... a wśród wypieków niezwykle ważne miejsce zajmowały baby! ..."podobne wieżom... zadziwiające ogromem, a jeszcze więcej lekkością" były  osobliwością i chlubą staropolskiej kuchni i rdzennie polskim specjałem! Baby pieczono w Polsce już w XVII wieku, wykorzystując do tego najwyższej jakości mąkę pszenną. Ciasto barwiono szafranem (często moczonym wcześniej w wódce), który nie tylko zabarwiał je na przepiękny, żółtawy kolor, ale także nadawał im oryginalny, lekko korzenny smak. W zależności od gatunku ciasta spotkać można było baby parzone i petynowe (inaczej zwane muślinowymi), baby migdałowe i z razowego chleba, baby trójkolorowe (z ciasta białego, różowego i ciemnego), baby puchowe i ukraińskie, polskie, podolskie, krakowskie, warszawskie i pospolite. Wszystkie jednak wymagały niezwykle precyzyjnego przygotowania i znacznych umiejętności kulinarnych. Wypiekano je w specjalnych formach - początkowo glinianych, a później miedzianych i blaszanych.
Staropolskie święcone (skomponował i rysował Polkowski, rytował Styli w Warszawie) za:tekst oryginalny
Pieczenie wielkanocnych bab było wielkim wydarzeniem. Przygotowania zaczynano zaraz po Niedzieli Palmowej: tarto cukier z głów, przebierano rodzynki, przygotowywano szafran, mielono migdały, tłuczono w moździerzach wanilię... były to prace żmudne i zajmujące wiele czasu, jednak niezbędne.  Pieczenie rozpoczynano w Wielki Piątek. Przesuszano i przesiewano mąkę, starannie oddzielano żółtka (które zdaniem dawnych gospodyń, powinny być bez zarodków). Żółtka, wstępnie rozbite przecedzano przez sita, a potem ubijano w maselnicy lub ucierano w makutrze. Miało to zagwarantować lekkość i pulchność ciasta.

Zawsze pilnowano tego, aby wszystkie składniki dodawane do ciasta były najpierw ogrzane! Podobnie jak formy, blachy i naczynia!! 


 Prawdziwa celebra, a nawet szczególne misterium zaczynało się jednak w chwili, gdy przygotowywano zaczyn z drożdży. Należało na przykład zamknąć i dokładnie uszczelnić drzwi, aby najmniejszy nawet podmuch wiatru nie ochłodził ciasta! Jak wiadomo, ciasto drożdżowe wymaga dokładnego wyrobienia. W dawnych kuchniach dworskich traktowano to bardzo poważnie - po dodaniu każdego składnika ubijano je przez pół godziny! Nie trudno sobie zatem wyobrazić, że pieczenie ciast mogło trwać cały dzień! Wyrobione i ubite ciasto przekładano do form i dbano, by się nie "przeziębiło" W tym celu okrywano je nagrzanymi lnianymi ściereczkami. Ten moment był szczególny. Oznaczał bowiem, że w domu musiała nastać cisza! Nie wolno było trzaskać drzwiami, rozmowy toczono już tylko szeptem, chodzono na palcach, poruszano się wolno i uważnie, by tylko nie narobić hałasu...  To był czas dla baby....

Przygotowane, wyrośnięte baby wkładano do pieca, oczywiście powoli i delikatnie, wystrzegając się najmniejszych nawet wstrząsów. Baby się piekły, a serca gospodyń drżały. Nastawał czas nerwowego wyczekiwania! Gdy nadchodził właściwy moment wyjmowano baby z pieca. Wymagało to nie lada wprawy! Nie wolno było szarpnąć, wstrząsnąć ani trącić. Dosłownie wstrzymywano oddech, aby tylko baby nie opadły! gdyby tak się stało... co za wstyd! i co za strata... Był to przecież jedn z najkosztowniejszych staropolskich wypieków! Na niektóre z bab zużywano kilkadziesiąt (nawet 80 !!!) żółtek. Takie ciasto było niezwykle delikatne, a przez to bardzo podatne na… „siadanie”, czyli prawdziwą kulinarną wielkanocną katastrofę, zmieniającą babę w placek... wyobraźcie sobie, że trzeba wszystko zaczynać od początku...


Wyjęte z pieca baby układano na puchowych poduszkach i pierzynach, obracając je delikatnie od czasu do czasu, tak by nie odleżały się boki i równomiernie stygły ze wszystkich stron. Nadal należało zachować ciszę, by hałas nie zaszkodził delikatnemu ciastu. Jarosław Iwaszkiewicz tak pisał o tej ceremonii: "Gdy wreszcie baby upiekły się, a siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym na palcach i mówić szeptem - następował dramatyczny moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło (…). W tym celu wprost z form baby przekładano na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je, jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło.  Niezapomniany był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata".

Baba z szafranem- przepis staropolski

2 szklanki żółtek, 
szklanka cukru, 
szklanka mleka,
 50 g drożdży, 
1 i 1/2 szklanki mąki, 
szklanka topionego masła, 
mała łyżeczka soli,
 kieliszek spirytusu,
 szczypta szafranu, 
1/2 laski wanilii, 
skórka otarta z cytryny

Namaczamy szafran w spirytusie i zostawiamy na noc. Ubijamy na parze żółtka z cukrem, aż zbieleją. Pół szklanki mąki mieszamy z łyżeczką cukru i rozdrobnionymi w mleku drożdżami. Do dobrze ubitych żółtek dodajemy mąkę, wanilię, sól i skórkę cytrynową. Mieszamy, łączymy z rozczynem i wyrabiamy około 60 minut, dodając w czasie wyrabiania szafran ze spirytusem. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Gdy ciasto urośnie, dodajemy sklarowane masło i wyrabiamy, aż składniki się połączą. Ciasto wkładamy do wysmarowanych masłem foremek (mniej więcej do 1/3 wysokości), zostawiamy w ciepłym miejscu. Gdy ciasto urośnie, wstawiamy na godzinę do gorącego pieca. Uwaga! Baba jest bardzo delikatna i łatwo opada, należy więc bardzo ostrożnie ją wkładać i wyjmować z piekarnika.

Babka korzenna

10 jajek
250 g cukru
250 g mąki
łyżeczka szafranu
kieliszek spirytusu
po 1/2 łyżeczki sproszkowanego cynamonu, utłuczonych goździków i gałki muszkatołowej

 Szafran namaczamy w spirytusie, zostawiamy na noc. Ubijamy na parze żółtka z cukrem, dodając stopniowo sproszkowane korzenie. Cały czas ubijając, dosypujemy mąkę, dodajemy szafran, a na końcu ubitą na sztywno pianę. Delikatnie mieszamy. Wlewamy masę do nasmarowanej masłem formy, wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy godzinę. Gdy ostygnie, lukrujemy.

Źródło: 
Hanna Szymanderska, Na polskim stole, Przepisy i tradycje szlacheckie, Świat Książki, Warszawa 2005, str. 166-167

Browar Wiatr

Browar Wiatr


Stosunkowo niedawno, bo 22 kwietnia 2016 roku, do atrakcji Uniejowa dołączył Browar Wiatr. Jest to zupełnie nowe miejsce zarówno na kulinarnej jak i kulturalnej mapie województwa łódzkiego. Restauracja stanowi połączenie rzemieślniczego browaru wraz z różnorodnym menu opierającym się na wyrobach pochodzących od lokalnych producentów. Zainteresowani mogą skorzystać także z fachowej organizacji przyjęć i konferencji, natomiast zmęczeni podróżnicy znajdą tu nocleg w kameralnym hotelu Aparthotel. 

Lokalizacja

Znowu wracamy do Uniejowa, jednak tym razem nie po to by zwiedzać! Naszym celem był nowy, lokalny obiekt kulinarny - Browar Wiatr. Zlokalizowany przy ulicy Dąbskiej 49, do której dojazd samochodem nie powinien stanowić najmniejszego problemu. Wystarczy, skierować się na drogę w stronę Dąbia. Kompleks restauracyjno-hotelowy jest na tyle duży, że nie sposób go nie zauważyć. Ozdobna, ceglana fasada bardzo wyróżnia się na tle pobliskiej, zupełnie nijakiej zabudowy. A gdy już ujrzysz czarne logo Browar Wiatr będziesz pewny, na który parking zjechać… Dogodna lokalizacja, bezpłatne miejsce parkingowe oraz stylowy wygląd to cechy, które z pewnością wyróżniają tę restaurację.


Wnętrze

Po przekroczeniu progu drzwi można szybko zapomnieć o świecie zewnętrznym i zatracić się w… tym alkoholowym. Naprawdę! Już dawno wystrój lokalu nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Zakątek restauracyjny charakteryzuje się dosyć dużą kubaturą, jednak ogrom przestrzeni został perfekcyjnie zagospodarowany. Składa się on z dwóch poziomów. Na parterze umieszczone są stoliki i kanapy dla gości, natomiast wyżej znajdują się sale, na których organizowane są przyjęcia. Niestety nie mogliśmy ich zwiedzić, ponieważ w trakcie naszego pobytu przygotowywana była impreza dla dzieci. Ważną rolę we wnętrzu odegrała również stworzona nad barem antresola, dzięki której udało się uniknąć „efektu stodoły”. Neutralizuje ona negatywne wrażenie, które mogłoby się pojawić gdyby pozostawiono tak dużą przestrzeń otwartą, a także stanowi element funkcjonalny restauracji poprzez wydzielenie dodatkowego miejsca dla gości. Całość utrzymana jest w dość odważnym, nowoczesnym stylu. Połączenie elegancji z surowością, a miejscami wręcz ascetyzmem było strzałem w dziesiątkę! We wnętrzu nie znajdziemy bowiem żadnych zbytecznych elementów. Pomimo ograniczenia się do niezbędnego minimum, udało się nadać restauracji odpowiedni charakter. Idealnym przykładem są tablice przedstawiające proces tworzenia browaru czy wielkie kadzie na piwo znajdujące się w samym rogu pomieszczenia. Dopatrzyłem się też balonów w kształcie serc. Najprawdopodobniej jeszcze po walentynkach… Niemniej jednak poszczególne elementy wystroju ani na chwilę nie dały zapomnieć o motywie przewodnim restauracji. Ponadto ogromne okna i przeszklone drzwi zachowane w nowoczesnym stylu budynku pozwalają dostarczyć odpowiednią ilość naturalnego światła. Jest to niezwykle ważne, gdyż całość wnętrza utrzymana jest w dosyć ciemnych kolorach – czarnym, szarym i brązowym.


Obsługa

Czuję się oszukany, gdyż nie starczyło dla mnie porcji świeżego sernika :). Tak smacznie wyglądał... Nie udało nam się go zamówić, ponieważ ciasto dnia bardzo szybko się wyprzedało. Musieliśmy wybrać co innego i obejść się smakiem. 
Tymczasem kelnerzy byli uprzejmi, komunikatywni i nienachalani. Gdy pojawił się jakiś problem, przychodzili z pomocą i bez przerwy obserwowali co się dzieje na sali. Gdy ludzie wychodzili zastawa ze stołów od razu była zabierana, a stół i krzesła wycierane. Czystość w restauracji to podstawa! Jedyne do czego mogę się trochę przyczepić, to długi czas oczekiwania na złożenie zamówienia. Mógłby być trochę krótszy, jednak wybaczam, ponieważ było dosyć dużo gości.
Bardzo sympatyczny był też wpis na paragonie, który otrzymaliśmy. Przez takie drobne akcenty cała restauracja zyskuje w oczach gości. Widać, że zespół robi to z pasji i nic nie jest wymuszone.


Zamówienie

Przyznaję, że tym razem nie poszaleliśmy. Pora dnia i wcześniejszy posiłek nie sprzyjały większemu zamówieniu, tak więc nic do siebie nie pasuje. Bo umówmy się… Kawa i Foccacio to niezbyt udany duet. Niemniej jednak obiecuję poprawę i już teraz zapraszam na recenzję z kolejnego wyjazdu. Tymczasem samo Foccacio było bardzo smaczne. Duża porcja, przyzwoity stosunek jakości do ceny, chrupiące i ciepłe ciasto z ziołami oraz dodatek w postaci oliwy z oliwek. Jedyne co nie do końca mi odpowiadało to smak tej ostatniej. Była poprawna, ale przy tej formie podania (na zimno) warto pilnować wyższej jakości. Natomiast kawa, którą otrzymaliśmy może nie była najwyższych lotów, ale spełniała podstawowe wymagania. Mleczno-kawowy smak Latte, bez nadmiernej kwaskowatości. Smaczna, jednak z pewnością nie była wybitna. Zakup przyjemny w restauracji, ale niedopuszczalny w kawiarni. Tam wymaga się czegoś więcej.


Ceny

Muszę natomiast pochwalić Browar Wiatr za wielkość porcji i rozsądne ceny. Porcje są duże… nawet bardzo! Odnoszę się tu nie tylko do naszego zamówienia, gdyż udało mi się podejrzeć kilka innych dań. Wyglądały bardzo zachęcająco.
A propos cen! Wróćmy jeszcze na moment do Latte. Cena (5 zł) dotyczy każdego rodzaju kawy serwowanej przez restaurację. Nie przypominam sobie, żebym spotkał się z czymś takim wcześniej, ale podoba mi się ten pomysł. W dodatku sama cena nie jest wygórowana. Od razu przypomina mi się moja uczelnia i sprzedawane tam Latte - droższe o 2 zł. A jeśli chcemy być bardziej drobiazgowi to trzeba uwzględnić jeszcze warunki polowe i papierowe kubeczki. No i smak kawy… jest prawie wcale niewyczuwalny.


Podsumowanie

Nie udało nam się sprawdzić wszystkiego, to fakt. Jednak już teraz wiem, że restauracja Browar Wiatr to miejsce godne polecenia. Połączenie rzemieślniczego browaru, eleganckiego i niebanalnego wystroju oraz zupełnie nowej marki, pozwoliło stworzyć stylowe miejsce z niepowtarzalnym klimatem. Aż chce się tam wracać!


Copyright © 2014 Pocztówki z Centrum , Blogger