WĘGRY: Pechowe Balatonszarszo

Wschód słońca nad Balatonem

Balaton, największe w Europie jezioro, „węgierskie morze”, przeszło 77 km długości, 14 km szerokości i 500 km2 powierzchni lustra wody... To musi robić wrażenie! I rzeczywiście, pobyt nad Balatonem na długo zapadnie nam w pamięć… przy czym będą to bardzo zróżnicowane wspomnienia...

1. Zaskoczenie pierwsze

Środkowe Węgry, kilka godzin w podróżny. Droga ciągnie się prosto aż po horyzont. Wszędzie, jak okiem sięgnąć pola uprawne i łąki.. Ładny widok i mimo arterii komunikacyjnej, którą się poruszamy odczuwamy pewnego rodzaju błogość, że krajobraz może być tak piękny, nieupstrzony przypadkowymi zabudowaniami, że łany zbóż mogą się kłaść pod powiewem wiatru, że wały przeciwpowodziowe mogą dumnie prężyć swoje starannie skoszone stoki… trochę sielsko, anielsko węgiersko…

Jednak mimo klimatyzacji upał i przejechane kilometry dają się we znaki… powoli zaczyna dopadać nas zmęczenie, a marzenia o kawie z każdą chwilą przybierają coraz bardziej wyrazistą formę. Czas na postój… Niestety, wybór miejsc, które oferują choćby podstawową obsługę gastronomiczną jest znikomy. Zatrzymujemy się wreszcie na jedynej w okolicy stacji paliw (europejska sieciówka). Szczęśliwie, kawa jest w ofercie… Jednak kupienie jej, nie jest wcale tak banalnym przedsięwzięciem, jak mogłoby się wydawać. Następuje pierwsze zderzenie z węgierską rzeczywistością. Bardzo szybko okazuje się, że pani za kasą, skądinąd sympatyczna kobieta koło czterdziestki, nie posługuje się żadnym językiem obcym…. I nie jest to brak umiejętności płynnej konwersacji! Jest to bariera totalna, sprowadzająca się do nieznajomości nawet podstawowych liczebników… Jedno jest pewne, przerażenie w jej oczach dorównywało naszemu rozbawieniu… Ale udało się! Szczęśliwie jeden z członków ekipy zna liczebniki węgierskie J no i od czego są ręce? …Język migowy uratował już nie jedną osobę… tym razem ocalił nasze marzenie o kawie…

Ale, ale… ten fragment w zasadzie nie o tym. Bariera językowa, to przecież nieodłączny „smaczek” wszelkich zagranicznych wojaży. Prawdziwe zaskoczenie przyszło w chwili, w której chcieliśmy skorzystać z toalety. Okazało się bowiem, że oczywiście można… oczywiście odpłatnie… i oczywiście w niebagatelnej cenie przeszło 3 euro od osoby…

2. Zaskoczenie drugie

Naszym oczom ukazał się Balaton. Woda, woda, woda… lekko błękitna, lekko turkusowa, trochę srebrna, upstrzona setkami żagli i żagielków…. i tysiącami pływająco - plażujących wczasowiczów. Zwłaszcza z oddali widok zapiera dech w piersiach i pierwsze spotkanie z Balatonem, jako atrakcją przyrodniczo-krajobrazową jest niezapomniane.
Balaton wieczorową porą

Zatrzymujemy się w Balatonszarszo… jednej z dziesiątek miejscowości turystycznych, które wyrosły na brzegu tego ogromnego jeziora. Zaplanowany mamy nocleg tranzytowy w obiekcie należącym do Together Balaton Villas (tutaj). Domek dla 6 osób zamawialiśmy, jak mamy to w zwyczaju, przez Booking… Nie pierwszy raz korzystaliśmy z ofert zamieszczonych w serwisie. Za każdym razem bardzo szczegółowo sprawdzamy lokalizację, udogodnienia (np. parking, wifi, itd) a także opinie innych gości, ponieważ oceny wystawiane przez poprzednich lokatorów do tej pory nigdy nas nie zawiodły… 
I tu pojawia się zaskoczenie nr 2.

Wybrany przez nas obiekt, zgodnie z ofertą stanowił samodzielny, wolnostojący domek jednorodzinny, z pokojem dziennym , kuchnią, łazienką i sypialnią na dole oraz dwoma sypialniami i łazienką na piętrze. Całości dopełniał osłonięty zadaszeniem taras, z którego można było dostać się bezpośrednio na brzeg jeziora… i dalej pomostem ponad taflę wody. 
Widok z naszego pomostu
Taras naszego domku

W każdej sypialni była oddzielna klimatyzacja a węzeł kuchenny został wyposażony we wszystkie podstawowe „niezbędności”… Ocena obiektu wg booking.com 9,5 (czystość 8,8, komfort 9,6, lokalizacja 9,6). I tu pojawiło się zaskoczenie, niby wszystko się zgadzało, niby żadnych uchybień w stosunku do oferty nie było… niby… czyli prawie, a jak mówi słynne już porzekadło „prawie czyni wielką różnicę”. To ładne i zachęcająco wyglądające na zdjęciach miejsce okazało się po prostu brudne. Byliśmy przekonani, że ocena 8,8 - choć nie jest może szczytem marzeń - powinna gwarantować jako taką dbałość o czystość i schludność. Tymczasem dom był w zasadzie jedynie „pogarnięty” z wierzchu… a sprzątany prawdopodobnie na początku sezonu i to raczej niezbyt dokładnie. Szczególnego klimatu nadawały także wszechobecne pająki i pajęczyny, w ilościach przyprawiających o gęsią skórkę. Pająki, wielkości kciuka chodziły po szybach, zwieszały się z tarasu, spacerowały po podłogach… brrr.
Kolekcja pająków i pajęczyn
W tych dniach, w Balatonszarszo gościła zresztą wystawa egzotycznych pająków… Nie musieliśmy iść! W domku, który zamieszkiwaliśmy mieliśmy własną… no cóż…

Pająki nie były niestety jedyną atrakcją lokalu. Znacznie gorsze wrażenie zrobiły na mnie bowiem brudne prześcieradła (do tego w kolorze granatowym). Pościel wyglądała wprawdzie na czystą, ale prześcieradła były pomięte i poplamione, co pozwala mi sądzić, ze nie zmieniono ich po poprzednich gościach.. podobnie zresztą jak zielonych ręczników w łazienkach… Uroku miejsca dopełniała podleśniała podkładka (rodzaj wycieraczki) pod prysznicem, odklejające się tapety, uszkodzony zamek w drzwiach wejściowych i brudne podłogi ze śladami stóp wcześniejszych lokatorów…
Odłażące tapety i granatowe brudne prześcieradła

Jakim cudem ten obiekt uzyskał ocenę 8,8 za czystość?… nie mam pojęcia. Być może standardy czystości na Węgrzech są po prostu inne… W każdym razie, raczej przetrwaliśmy niż przespaliśmy tę noc. Śniadanie zjedliśmy z wykorzystaniem jednorazowych talerzy, kubków i sztućców, które szczęśliwie zabraliśmy z domu (na tzw. wszelki wypadek) i bardzo się cieszyliśmy, że to jedynie nocleg tranzytowy.
Podkładka przy prysznicu

3. Zaskoczenie trzecie

Spacer po Balatonszarszo… Późne popołudnie, ale słońce grzeje jeszcze mocno. Szybko orientujemy się, że w zasadzie nie ma czego zwiedzać. Za główną i jedyną istotną przestrzeń publiczną uznać należy Toparti park… Kilka drzew, niewielki odcinek utwardzonego nabrzeża, malowniczy zachód słońca w towarzystwie wyniosłych i wiecznie głodnych łabędzi… a tuż obok parku fragment utwardzonego placu, plenerowa estrada i coś na kształt lokalnego centrum gastronomii. Zmęczeni podróżą postanowiliśmy odpocząć w zaciszu jednego z częściowo zadaszonych pasaży. Usiedliśmy, zamówiliśmy piwo i frytki …nieco przaśnie, ale od czego w końcu są wakacje? Raz kiedyś można sobie pozwolić na „ekstrawagancje”… Zresztą wybór też był niewielki, bo w ofercie dominowały fast foodowe dania… I tu zaczyna się zaskoczenie nr 3, które trwale zapisało się w naszej pamięci i pozostawiło niezbyt sympatyczne wspomnienia.

Pani, która przyjmowała zamówienie wydawał się miła. Jednak pozory, jak się później okazało, mogą bardzo mylić. Pierwsza konsternacja nastąpiła w momencie, gdy otrzymaliśmy złotawy nektar bogów, zwany potocznie piwem… Odkąd pamiętam piwo duże – to 0,5 l podawane w kuflu/szklance lub jednorazowym plastikowym, przezroczystym kubku, a małe – to 0,3l serwowane w wysokiej szklance lub przezroczystym kubku… Tym razem było jednak inaczej. Małe piwo pani podała nam w rzeczywiście małych (najwyżej 0,2l), plastikowych kubkach, jakie znamy z automatów do wody…

Na moje zdziwienie zareagowała oburzeniem – o co mi w zasadzie chodzi – przecież u nich to jest standard… ok. – byłam już na Węgrzech i jakoś sobie tego standardu nie przypominam… ale co kraj to obyczaj... tym razem może raczej co region. 
Nie będę się sprzeczać. Grzecznie usiadłam czekając na moje frytki. Dla jasności całej sytuacji powinnam jeszcze dodać, że płaci się oczywiście podczas składania zamówienia…

Czas mijał. Początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego upływu pogrążeni w miłej konwersacji, śmiejąc się i omawiając dotychczasowe wrażenia. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie jednak, że upłynęło już co najmniej 25 minut a naszych frytek jak nie było… tak nie ma. Z lekkim zdziwieniem spojrzałam na zegarek. Jak długo można czekać na frytki? Poszłam zapytać, co się dzieje z naszym zamówieniem i kiedy możemy spodziewać się jego realizacji. Sympatyczna dotąd Pani popatrzyła na mnie spode łba i odburknęła „nie teraz” – po czym zupełnie mnie ignorując wróciła do wydawania kilku niewielkich (raczej rozmrażanych niż robionych na miejscu) krążków pizzy. Skonsternowana usiadłam… Ok. Kobieta jest zajęta… może wydaje wcześniejsze zamówienie… (warto wspomnieć, że mieliśmy zamówienia nr 3 i 4).

Czas mijał. Wokół nas gęstniał tłum. Na estradzie lokalny zespół rozkładał sprzęt grający i podejmował coraz głośniejsze próby zainteresowania ludzi swoją niezbyt atrakcyjną muzyką, która dla Polaka staje się jeszcze bardziej nieznośna, gdy zacznie wsłuchiwać się w słowa… wszystko co zapamiętałam to „esze, pesze hui wesze”… tyle przynajmniej dało się zrozumieć.

Przebój rozbrzmiewał coraz głośniej. Wokół nas śmigały pizze, grosy z frytkami i inne dania. Węgrzy, racząc się piwem i jedzeniem byli w coraz lepszych nastrojach, muzyka podobała się coraz bardziej… a naszych frytek jak nie było… tak nie było. Po przeszło 50 minutach postanowiłam interweniować po raz kolejny… Z nieukrywaną irytacją stwierdziłam, że niemal od godziny czekamy na nasze zamówienie – 4 porcje frytek… Pani spojrzała na mnie groźnie, po czym stwierdziła, żebym nie przeszkadzała, bo frytek na razie nie ma i nie będzie… ponieważ oni nie mają prądu… Może bym nie zareagowała, może po prostu poszłabym do domu i zapomniała o sprawie, zachowując w pamięci jedynie niesmak związany z tym, że obsługa nie raczyła nas poinformować, o problemach technicznych… może. Ale historia potoczyła się inaczej… z prostej przyczyny. W tym samym momencie, gdy Pani skończyła mówić, że nie mogą zrobić frytek ponieważ nie mają prądu, zza jej pleców wyłonił się chłopak z tacami, na których znajdowały się 4 porcje gyrosa …z frytami…

Pewnie jestem zołza, pewnie pyskata… i do tego wkurzona, gdy ktoś kłamie mi prosto w oczy… Z rosnącą irytacją, wyczuwalną zarówno w głosie jak i pewnie w wyrazie twarzy – zapytałam jak to możliwe, że dla innych gości frytki jednak są. Pani z mieszanką rozbawienia i kpiny nagle przesłała rozumieć w jakimkolwiek języku, choć do tej pory rozmawiała ze mną biegle po angielsku… i chociaż koniec końcem, obsługa oddała nam pieniądze, po tym jak się okazało, że wcale nie musze być ani grzeczna ani miła, to w pamięci pozostanie tylko to, że próbowano nas oszukać na banalnych kilkuset forint tylko dlatego, że jesteśmy obcokrajowcami i łatwo można zasłonić się barierą językową. Nieprzyjemny finał dnia… nad pięknym „węgierskim morzem” .

Szczęście w nieszczęściu – czekając na frytki zgłodnieliśmy na tyle mocno, że mimo konfliktu z obsługą pierwszego lokalu zdecydowaliśmy się na wizytę w drugim. Tym razem skusiliśmy się na lokalną, tradycyjną potrawę… czyli drożdżowy placek kukurydziany pieczony w głębokim tłuszczu. Może nie było to dietetyczne, ale za to bardzo smaczne… no i czas oczekiwania wynosił 15 minut.

Bar w którym nie podano nam frytek....

Podsumowanie


Pobytu w Balatonszarszo nie możemy zaliczyć do udanych. Mimo pięknych okoliczności przyrody, przepięknego, ciepłego jeziora i wspaniałych krajobrazów - obsługa turystyczna pozostawia dużo do życzenia. Być może w zakresie miejsca noclegowego i restauracji/baru mieliśmy po prostu pecha, niemniej jednak cała miejscowość wywarła na nas raczej przytłaczające i zniechęcające wrażenie...
Zamiast przyjemnej, wypoczynkowej atmosfery dominuje tu hałas, gwar, tłok i „turystyczny dadaizm”. Atrakcyjność została zastąpiona przez kicz i przaśność, rozrywa przez hałas i …hałas, a gastronomia, poza nielicznymi wyjątkami sprowadza się do cukierni i fast foodów. 
Nam ten rodzaj rozrywki nie przypadł do gustu...

Zobaczyliśmy Balaton, wykąpaliśmy się w jago ciepłych, zmąconych wodach… odhaczyliśmy to zadziwiające jezioro na mapie naszych podróży… ale do Balatonszarszo już raczej nie wrócimy!

4 komentarze:

  1. Chciałem już skomentować na forum Odkrywamy Węgry ale post zniknął, dlaczego?
    Wracając do relacji, na wstępie zaznaczę, że osobiście uważam okolice Balatonu za „mało węgierskie”, dodatkowo mniej pro-polskie niż reszta kraju oraz trochę znudzone nadmiarem turystów. Raczej staram się je omijać na rzecz wschodu północy i południa, bo miałem mniej przyjemne zdarzenia, choć nie tak drastyczne. Do rzeczy:
    Nie miałem nigdy takich przygód na stacji mimo, że ciężko poprawnie się wymawia prosto napisane słowo „kávé”, zwłaszcza w odmianie. Najgorsze co mnie spotkało na stacji to dwie klasy toalet, darmowa, brudna i obsrana, oraz płatna 300HUF, ale za to czysta.
    Co do czystości to na Węgrzech trzeba uważać, a ocena Booking jest tak skonstruowana, ze ciężko dać złą ocenę. Ja się już nauczyłem czytać raczej opinie niż ocenę. Np. zacny hotel Gelert w Budapeszcie był ostatnio remontowany w 1964r i firany w pokojach wyglądają jakby tam wisiały od tego czasu ( mimo to polecam zatrzymać się chociaż na 1 noc). Nowe obiekty są przeważnie czyste, stare już nie. Dodatkowo jak napisałem wyżej nad Balatonem jest gorzej, bo pełno turystów z różnych stron świata, na wschodzie już jesteśmy tylko my.
    Kolejna uwaga, na Węgrzech wypada zjeść dobrze, zwłaszcza jak się jedzie na 1 dzień. Jak nie wiadomo co to lepiej zamówić sztandarowy gulyás lub pörkölt. Jeśli koniecznie musi być fast food ( który dla Was był bardzo slow) a mamy do wyboru frytki i lángos zawsze wybieramy lángos. Byłem wile razy na Węgrzech w ciągu ostatnich ponad 30 lat i jeszcze nigdy nie jadłem frytek. Ze zdjęcia widać, że Wasz lokal był raczej przeznaczony dla turystów a nie tubylców. Należy się spodziewać podobnej jakości jak w pierwszej lepszej smażalni ryb w Mielnie.
    Generalnie to wszystko co jest opisane to jest możliwe. Jedne co mnie zastanawia i nie mogę uwierzyć to jest niemiła Pani. Nie spotkałem jeszcze niemiłego Węgra, a jeśli już wie że jestem z Polski to często spotykają mnie gratisy rabaty itp. Ich sympatii do nas nie mogę pojąć po tym jak w Hajdúszoboszló zobaczyłam Polaka otoczonego parawanem który z dużego boomboxa puszczał disco-polo.
    Pisze to wszystko po to żeby nie zniechęcać do Węgier które mogą być piękne, maja świetną choć ciężką kuchnię, oraz miłych ludzi. Trzeba tylko wiedzieć gdzie tego szukać. Polski też nie można oceniać po wizycie na deptaku w Mielnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ten wyczerpujący komentarz.
      W żadnym wypadku nie chcemy zniechęcać do Węgier, bo byliśmy w kilku innych miejscach (m.in. Budapeszt, Gyor, Szentendre, Eger itd.) i wszędzie spotykaliśmy się z niezwykłą uprzejmością i życzliwością... Nie mówiąc już o tym, że miasta są piękne i warte zwiedzenia..
      Te zdarzenia z Balatonszarszo traktujemy raczej jako serię zaskoczeń - coś w rodzaju kumulacji pecha. Choć przyznam szczerze, że akurat ta miejscowość nie przypadła mi do gustu.

      Jeśli chodzi o jedzenie, to pomysł na frytki był dość spontaniczny, wynikający raczej z nieznajomości miejsca i ogólnego chaosu, którym ta miejscowość przytłaczała. W przyszłości z pewnością skorzystamy z porady i zamówimy gulyás lub pörkölt... Tamtego dnia ostatecznie zjedliśmy właśnie langos - co było rzeczywiście trafionym wyborem. I zdecydowanie zgadzamy się z przekonaniem, że nie należy oceniać Węgier po tym jednym pechowym dniu... :)

      Usuń
  2. Dziękuję za wpis. Z pewnością sięgnę do niego przed wyjazdem do Węgier :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Balatonszarszo to po sąsiedzku z Balatonfoldvar - "mojej" miejscówki nad Balatonem :) Nawet w sierpniu zajrzeliśmy do Balatonszarszo na krótką wizytę.

    No cóż, już to ktoś napisał - Balaton jest mało węgierski. Trochę lepiej jest pod koniec sezonu, w II połowie sierpnia, ale wcześniej to istny cyrk ;) W takich miejscach trafienie na kiepski lokal zdarza się dość często (mnie w tym roku wkurzała jedna pizzeria, weszliśmy do niej tylko dlatego, iż jako jedyna podawała jeszcze jedzenie), po kilku wizytach wiem już, gdzie nie chodzić, ale naciąć się łatwo.

    A czy Węgrzy bywają niemili? Pewnie jak w każdym narodzie, ale raczej rzadko :) Płatne kible na stacjach to, niestety, u Madziarów zdarzają się dość często.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Pocztówki z Centrum , Blogger